czwartek, 25 grudnia 2008

Na całej połaci śnieg...

Narzekacie tak na te Święta i narzekacie. Że nudno, że kompa nie ma, że jakieś dzieci w domu, że nabity wujek znów to samo opowiada, że mama goni was przed wigilią do jakiś hardcorowych prac domowych, mimo, że w dzień powszedni satysfakcjonuje ją podsmażanie mrożonek. I ta nuda, nuda, nuda.
A ja Święta kocham.
Wujkowie mi nie przeszkadzają, chętnie wysłuchuję jak to wujek prezes grał na tym samym fortepianie koncertowym co Oscar Peterson mimo, że słyszałam tę opowieść pierwszy raz wcześniej niż skumałam różnice między fortepianem a pianinem.
Uwielbiam dziecięce odkrycia typu "No bo ja noc przed wigilia zmieniłam zdanie, już nie chciałam lalki w rudych włosach, chciałam konia i wielkiego psa i powiedziałam to aniołkowi, a dał mi ruda lalkę więc go nie ma!".
Lubię popełniać kulinarne przestępstwa z mamą, bawi mnie, że co roku wigilia startuje w momencie gdy my jesteśmy gdzieś w dupie przygotowań.
Po wigilii napić się jakiegoś fantazyjnego drinka z tatą, nabijając się z Krawczyka śpiewającego kolędy. Patrzyć jak kot nieustannie poluje na choinkowe bombki.
Każdą świąteczną bzdurkę ubóstwiam.
Kiedyś było inaczej, męczyły mnie święta.
Wszystko się zmieniło gdy zrozumiałam, że nigdy nie wiem, czy w następne święta mama będzie jeszcze zdrowa, czy wujek będzie żył i opowie o Petersonie, czy to wszystko nie rozpłynie się pozostawiając po sobie wielką dziurę czarnej samotności.
I tak co roku jest nas mniej. Co roku więcej wspomnień przy opłatku, co roku nostalgicznej. Uwierzcie mi droga młodzieży, za jakiś czas będziemy o tych nudnych, rodzinnych świętach myśleć ciepło, a po policzku będzie spływała sentymentalna łza.
A 24-godzinny dostęp do komputera wprawi nas tylko w dodatkowy smutek:)

Ps: i u mnie jest biało:)


wtorek, 23 grudnia 2008

No to ja też Wam złożę życzenia :)

/me zgrzana i opętana chłodnym powietrzem przybiegła do komputera i krzyknęła...

WESOŁYCH ŚWIĄT dla was wszystkich! Niech was Bóg trzyma w swojej opiece,
a tych, którzy w Niego nie wierzą, niech trzyma w opiece dobry los,
a tych którzy w przeznaczenie nie wierzą, niech prowadzą tylko ich własne, najlepsze myśli,
a tymi, którzy w nic już nie wierzą będę opiekowała się JA:p

Świąteczny buziak dla wirtualnych czytelników, przyjaciół, znajomych, przypadkowych gości, którzy w google search wpisali np. "dobry los" i wylądowali na moim blogu.
Linka.

W prezencie dla Was genialny aranż Adama Sztaby w wykonaniu, z pewnych powodu bardzo mi bliskiego zespołu (:*)....

niedziela, 21 grudnia 2008

To był on.

Znów ćpał.
Wierzył, że związek z Cicely go z tego wyciągnie.
Muzyka nie potrafiła, może kobieta. Już raz tak było, pod koniec 54 roku.
Zamknęła go na farmie ojca i się udało. Ona była wtedy przy nim, kobieta, nie muzyka.
Wiedział już, że kobiety chronią jego muzykę. Po to są.
Cicely patrzyła jak zamydlał wszystkim oczy, używał przeróżnych efektów by zatuszować spadek "techniki". Aby ukryć dręczące go, paskudne niedoskonałości.
Nie zdawał sobie sprawy, że dzieło jego życia już powstało.
Ten album, album jak niebo, jak woda. Album jednego koloru.
Kombinował od nowa, na czysto. Panował nad sobą, panował nad tym czym była jego muzyczna kwintesencja - nad brzmieniem.
Młodzi, nowi członkowie, zdolny, nieznany basista, Miller. Później pojawił sie Scofield.
Zespól wirował razem z nim. Wymieniał skład,ciągle go zmieniał.
Szukał.
Koncertował.
Klasyczne brzmienia dawno przestały go cieszyć. Nie interesowało go przetwórstwo,
powielanie, ulepszanie. Gonił nowe nurty, układał je w swojej w głowie. Chciał przeskoczyć dźwięki,zobaczyć co stoi za nimi. Co jest dalej.
Był trudny, trudny we współpracy, specyficzny.
On i te jego kolory, ta jego kiczowata elegancja.
Ile w nim było pozy, autokreacji, a ile dziwactw w, które sam wierzył.
Umarł. Prekursor wszystkich powojennych gatunków jazzu zmarł na zwykły udar mózgu.
Jego ciało nie było genialne, inne, trudne jak jego umysł.
Umarło jak ciało Kowalskiego czy Nowaka.
Ile ta śmierć zabrała następnym pokoleniom, może już nic, może zdążył powiedzieć nam wszystko co chciał, a może nie. Może w jego głowie kłębiły się pomysły, nowe idee,
których my, mimo upływu lat nie odkryliśmy. Może mógł jeszcze wszystko zmienić.
Lubił tajemnice. Pozostawił nas z tą ostatnią, najważniejszą, tajemnicą jego własnego umysłu.
Parę miesięcy temu mój znajomy wystawił swoje fotografie. Sfotografował Jazz.
Wśród setek muzyków tylko jedno zdjęcie było niepodpisane.
Największe, w centralnym punkcie pomieszczenia.
To był On.
Gdy zapytałam autora dlaczego ten portret jest taki bezimienny. Odpowiedział;
"Bezimienny? A nie wiesz kto jest na zdjęciu?"


piątek, 19 grudnia 2008

Magia liter

To ciekawe jak działają nasze mózgi.
Wiadomo, niektórym działają bardziej, innym mniej.
Jednak każdy w jakimś tam stopniu tego pofałdowanego świństwa używa.
Po pierwsze, przeraziło mnie ostatnio takie zadanko;
" Zabawa polega na wypowiadaniu nazw kolorów poszczególnych słów, a nie na czytaniu tego, co jest napisane. Spróbuj sam! Nie takie to łatwe, prawda?"

.

Dzieje się tak z powodu "konfliktu półkul". Prawa półkula naszego mózgu próbuje nazywać kolory, podczas gdy lewa upiera się przy odczytywaniu słów.

Druga literkowa jazda dla naszego mózgu to coś takiego. Tym razem jesteśmy zdolniejsi niż przypuszczamy. Przeczytajcie tekst.


Dzisiaj krótko i zwięźle bo muszę wyjechać. Jak wrócę, zamieszczę posta pod tytułem
"najczarniejsze tajemnice Sqla". Przysięgam na piwo Meg, będzie o czym pisać :)

czwartek, 18 grudnia 2008

QuePassa

Tak, dążenie do wiedzy jest dobrym rozwiązaniem. Jedynym logicznym, racjonalnym rozwiązaniem. To smutne.
Im mniej wiesz tym jesteś szcześliwszy.
Można opierać się wiedzy, ona jednak wcześniej czy później sama zaatakuje.
Nie da się jej zupełnie pozbyć.
Mimo, że przyszła niechciana, część siebie pozostawi.
A jeszcze gorsza od wiedzy jest wiedza niepełna.
Ją należy natychmiast uzupełnić. Wtedy jest już za późno, trzeba się wiedzy poddać.
Zrobić to co wiedza mówi.
Nie wiem po co te wszystkie szkoły, po co nas zmuszają do tabliczek mnożenia, ortografii, prezydentów Rosji. To wszystko nas samo znajdzie, wcześniej czy później.
Nie ma ucieczki.


Moja siostra jeszcze nie wie
że świat skazany jest na atlas.
A atlas to ogromny talerz wiecznie głodny.
To żurnal państw skrojonych. Czasami niemodnych.
Że wszystko nagle jest jasne kiedy wychodzi się z kina.
Że idee najlepiej leżą na manekinach.
Że nie ma śmierci dla przykładu.
Że śmierć jest tylko dla natury.
Że chcąc oglądać niebo trzeba zanieść je przedtem do cenzury.
Że największa wiedza jest w bibliotece przestrzeni.
Że miłość to jest miłość.
A miłość to ogród.
Że trzeba w tym ogrodzie unikać jesieni.
Że nie da się w ogrodzie uniknąć jesieni.
Że podziału komórek nikt już nie powstrzyma.
Że życie jest skończone kiedy się zaczyna.
Że Izolda jest stara. Cierpi na reumatyzm.
Że historia to taki wielki kosz na śmieci.
Służy do przepadania dat i straszenia dzieci.
Że kiedy noc nam oczy na chwilę ocienia
to budzą się w nas ptaki z krzykiem: Ziemia! Ziemia!
I wtedy odkrywamy nowy ląd: Człowieka który nam ciepłą rękę kładzie na powiekach...

Ale moja siostra już wie
że Ala ma kota.



Ewa Lipska

Tyle już lat minęło chłopaki...

środa, 17 grudnia 2008

Miłe złego początki...

Miałam na swoim blogu nie wspominać o pewnym zjawisku,
które jeszcze niedawno zapełniało sporą część mojego, wolnego czasu.
Teraz już nie zajmuje ani sekundy. Alleluja.
Second Life - budzi to cholerstwo spory.
Przez rok pogrywałam sobie w tą pseudo wirtualną rzeczywistość (wirtualna rzeczywistość - zauważacie, że te słowa się wykluczają?)poznałam dzięki temu U. i Morr.
Obie zmusiły mnie do opisania swoich pikselowych początków.
Powspominajmy więc pikselowe życie zasadą w całości zerżnięta z sreselowego bloga Morr.
UWAGA: Post zwiera treści niezrozumiałe dla w pełni realnych umysłów.


Pierwszy dzień.
Przeczytałam gdzieś na necie, że jest coś takiego jak simsy tylko z żywymi ludźmi i pieniądze można zarobić. W simsach szło mi nieźle więc założyłam konto.
Wylądowałam na jakimś czymś, a przed oczami widziałam tył laleczki jak z simsów.
To była Linka Demina.
Później wielokrotnie wmawiano mi, że Linka Demina to ja :) ale pójdźmy dalej.
Oczywiście pierwsza lepsza nie jestem, wyrwałam na czacie jakiegoś typa z Japonii, który kupił mi buty. Nie potrafiłam ich założyć ale wiedziałam, już wtedy wiedziałam, że buty to ważna w SL sprawa. W końcu to chyba jedyna gra w, której buty składają się z trzech części. Rozmawialiśmy sobie on coś wspominał, że jestem jego escort, ja się ładnie uśmiechałam i przytakiwałam zbierając kolejne pary obuwia. Uśmiechałam się tak długo aż dowiedziałam się, że escort to po SL-owemu nic innego niż dziwka.
Poszłam sobie w drogich, trzy częściowych butach od mojego skośnookiego przyjaciela.
Seks jest tam bardzo ważny wiem to bo jeszcze tego samego dnia zgwałciła mnie kobieta, subtelnie namawiając "kliknij tu, kliknij tu, kliknij tu..."


Pierwsze porządne zakupy:
Wiedziałam już, że żeby dostać buty trzeba bajerować (coś jak w realu).
Zbajerowałam więc Brazylijczyka. On dał mi wszystko co młodemu awatarowi potrzebne.
Miał na imię Tato, co we mnie, Polce, wzbudziło zaufanie. Okazało się, że chłopiec miły i fajny ale chciał żebym była jego wirtualną dziewczyną. Uciekłam.
Później zarabiałam na buty pracując na dachu w Second Krakowie,
byłam barmanką, ba, nawet najlepszą, wiem bo wygrałam konkurs dla barmanów.
Wciąż się zastanawiam czy powinnam dopisać to do CV.


Pierwszy real lifer:
Sytuacja niewiarygodna. Awatar z komputra przyjechał na mój koncert.
Okazało się, że ma oczy, kości a nawet uśmiech.
Potrafił pić piwo i siadał na krześle uprzednio nie klikając "sit here", nie mogłam się napatrzeć. Najciekawsza jest jednak historia znajomości z tym awatarem.
Wyobraźcie sobie, że będąc sl-owskim ludzikiem pisałam sobie z jakimś innym ludzikiem płci damskiej, nie rozmawiając o faktach z naszej realnej egzystencji.
Po pół roku pieprzenia o niczym okazało się, że Ona w świecie realnym (nie tym marzeń i obłudy) JEST MOJĄ MUZYCZNĄ IDOLKĄ wielbioną od dziecka.
W RL(real life, skrót ten wymyślili pewnie najleniwsi z wirtualnych ludzi)ONA jest milion razy fajniejsza, mówiąc dosadnie, jest odlotowa. Tak więc Pati była moim pierwszym real liferem:)


Pierwsze kombinacje z Szutnem:
Właściwie nie wiem dlaczego ten punkt jest taki ważny ale trzymam się ściśle planu posta Morr. Szuftan to potentat sl-owy (nie mylić z impotentem),
ma jakieś banki pełne lindeńskich dukatów, przenosi jakieś firmy z RL do SL (nikt nie wie po co), ogólnie się facet tam liczy. Gdy mnie nie znał chciał mnie zatrudnić,
gdy mnie poznał już nie chciał. Można wyciągnąć smutne wnioski. Moja znajomość z nim rozkwitła z powodu pewnej realowej konferencji naukowej w, której oboje braliśmy udział. Pisaliśmy o wirtualisach realisach i mieliśmy skrajnie odmienne poglądy. Teraz faceta ubóstwiam i czekam na spotkanie, które kiedyś w końcu musi nastąpić. Wysłał mi już nawet 26 zł. na wódkę.


Pierwszy interes.
Joc, mam pomysł!
Tego zdania Joc boi się najbardziej. Ja w SL miewałam różne pomysły na podbój tego wirtualnego światka, trochę jak z Pinky i Mózg. Wierzyłam, że dorobię się w SL i już nie będę musiała nic do późnej starości robić. Wmanewrowałam Joc w sklep. Sklep z ubraniami. Wszystko z freebies lub kradzione. Zarobiłyśmy w ciągu 4 miesięcy kasę, którą wydałyśmy na jednej imprezo-kolacji w Warszawce. Świata nie podbiłam, za to zarobiłam zakaz wstępu do kilku markowych sklepów.


Pierwsze dzieło.
Ramka na zdjęcie Reda Dawesa.
Red Dawes mnie nie pamięta, ja nie pamiętam Reda Dawesa.
Ramka była jedną z nielicznych rzeczy, które udało mi się w SL zbudować, wzbudzała wyłącznie mój zachwyt.


Pierwsza grupa, którą założyłam:
Obrzydliwie Heteroseksualne. Brzmi jak odmiana Ku-klux klanu chociaż z homofobią zupełnie nie była związana. Opis grupy brzmiał tak:
"Możesz dołączyć do grupy jeśli spełniasz poniższe warunki:
1.Jesteś kobietą
2.Jesteś kobietą, która unika blinga
3.Jesteś kobietą, która ma zmysłowość baby, a charakter uznawany za męski(bzdurnie z resztą)
4.Szanują Cię podstawowe członkinie grupy (i tu odpadasz w przedbiegach)
5.Wydajesz się super(przynajmniej sobie)
ALBO JEŚLI JESTEŚ MARKIEM SAWSONEM"
Stówkę na jej założenie dała Mad.
Ps: członkinie nad głowami miały napis : "nie stać Cią na mnie!".
O co mi chodziło? Nie wiem.


Pierwsza moja śmierć:
12.12. 2008r. uśmierciłam postać Linki Deminy, wplątała mnie w za duże kłopoty.
Skasowałam konto.
Tego punktu póki co Morr u siebie nie ma.
Kwestia czasu bejbi:)



Nie mam bladego pojęcia dlaczego ta piosenka kojarzy mi się z Second Life najbardziej...

poniedziałek, 15 grudnia 2008

Zapomniana ankieta

Dawno temu zapomniałam o ankiecie, która bezczynnie wisi sobie na stronie już dawno zakończona.
Pragnę ogłosić, że według waszych opinii, Uzi nie ma poczucia rytmu w związku z czym powinna klaskać u Rubika.
Napisałam więc maila do blond( czy to się jeszcze mieści w granicach blondu?) dyrygenta(kolejne wątpliwie trafne określenie)z pytaniem, czy ma jeszcze wolne miejsca dla "klaskaczy". Pan Rubik, jak przystało na Mozarta naszego pokolenia (jakie pokolenie taki Mozart?) nie udzielił odpowiedzi żadnej.
Sadzę, że zastanawia się czy osobowość Uzi nie jest zbyt narcystyczna by potrafiła ona stanąć w szeregu innych klaskaczy. Jeśli tylko autor takich dzieł jak "Niech mówią, że to nie jest muzyka", "Psalm dla pieniędzy", "Świat się kończy (cyt. J.S.Bach)" zdecyduje o wspólnej przyszłości jego osoby i dłoni Uzi, poinformuję Was w trybie natychmiastowym.

Coś jak Rubik ale o 378950 klasy lepsze...

niedziela, 14 grudnia 2008

Uwolnij swój umysł

Matko jedyna, Sqlu mój, coś mi zrobił, w kolejny nałóg wpędził!
Dał mi S. niepozornego linka, mówiąc "łap, pani detektyw".
Otworzyłam i czytam

"Wszystko co musisz zrobić to dostać sią do kolejnej strony.
Osiagnąć możesz to tylko poprzez zmianę URL'a odpowiednim wyrazem.
Skąd wziąć odpowiedni wyraz? Na tym właśnie polega cała zabawa.
Na podstawie wskazówek zawartych w tytule strony, w źródle strony, nazwie obrazka czy na samym obrazku (i jeszcze w kilku innych miejscach) sam musisz dojść do tego co to za wyraz. Nie stosuj dużych liter, jeśli rozwiązaniem jest kilka wyrazów wpisz je jako jeden ciąg liter - nie oddzielaj ich spacją czy jakimiś innymi znakami (chyba ze w ciągu liter zawarte są jakieś znaki). O numerze levelu mówi liczba w lewym górnym rogu obrazka.
Wskazane jest używanie przeglądarki Internet Explorer.
Powodzenia!"

Mysterious Pron to zjawisko naprawdę wyjątkowe. Autor gry nakazuje "uwolnić swój umysł" poprzez rozwiązywanie przeróżnych zagadek. Trochę matematyki, trochę wiedzy ogólnej, najwięcej googlowania. I właśnie umiejętność skutecznego przeszukiwania internetu jest tutaj priorytetową:) Pół dnia spędziłyśmy z U. porównując systemy matematyczne, przegrzebując biografię Tiny Turner, odszyfrowywując znaki podobne do arabskich. Genialna zabawa! Na chwile obecną doszłyśmy do etapu nr.9, mózgi odmówiły posłuszeństwa, zrobiłyśmy przerwę na życie. S. poinformował mnie, że etapów jest 100, więc częstych wpisów na blogu proszę się nie spodziewać. Dla tych których tym postem niechcący wkręciłam link do forum z podpowiedziami, jeśli już nie wystarczy Wam sił.

Uwolnijcie swoje umysły...

piątek, 12 grudnia 2008

Martwa Demina :)

Post dla wtajemniczonych!

Treść posta/u dla wtajemniczonych. Umarłam ze śmiechu.
Niewtajemniczeni nie czytać:)


Musiałam uzupełnić o drugi link.
Ten już mnie rozwalił na maxa!

Pikselowie znajomości są takie słodkie :)

czwartek, 11 grudnia 2008

Autopieprzenie

„Bo jeśli odpuścicie ludziom ich przewinienia, odpuści i wam Ojciec wasz niebieski.
A jeśli nie odpuścicie ludziom, i Ojciec wasz nie odpuści wam przewinień waszych.” -
MAT. 6,14-15 (BW)

"4 Szatan reprezentuje przychylność dla tych, którzy na to zasługują, zamiast marnowania miłości na niewdzięczników.
5 Szatan reprezentuje zemstę zamiast nadstawiania drugiego policzka!"-
Dziewięć Twierdzeń Satanizmu według Antona Szandora Laveya.


I co tu robić:)

Ponoć trudne jest wybaczanie, nawet gdy wybaczyć się chce. Każdy z nas to wie ( nie czuję, że rymuję).
Jednak co zrobić gdy chce się wybaczyć mimo, że ma się świadomość, że się nie powinno?
Wybaczenie kusi, potrafi ściągnąć z nas męczący balast. W jakiś sposób nas oczyścić.
Dać taki naiwny spokój ducha, a czasami nawet wymownie przemilczane "więcej".
Sama już nie wiem czy jestem mściwa. Zawsze myślałam, że tak, że zemsta na zimno potrafi podnieść na duchu, wyprostować skrzywione poczucie własnej wartości.
Kiedyś wyczekiwany moment , okazja, sytuacja do zemsty idealnej nadeszła.
Co zrobiłam? Uciekłam. Uciekłam sobie w przebaczenie. Jak tchórz.
Tak dużo o tym myślałam, tak czekałam aż przyjdzie wymarzona chwila.
Okazałam się słaba, a za tą słabość podejrzewam znów przyjdzie mi zapłacić.
Zaczęłam się zastanawiać czy umiejętność wybaczenia jest dobrocią serca czy słabością charakteru. Smutny wniosek mnie dzisiaj dopadł, przygnębił, sprowokował do ponownego przemyślenia samej siebie.
Nie jestem silna. Załamująca świadomość.


A2., pamiętasz tą piosenkę? Od razu przepraszam, że Ci to przypomniałam :)

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Kiedyś

Nigdy nie odchodziłem od kogoś mimo, że nie chciałem.
Tym razem było inaczej. Tym razem musiałem. To dziwne, że czasami trzeba musieć.
Honor, odpowiedzialność za czyny popychały mnie do przodu. A może jednak cofałem się?
Czy do śmierci będę romantycznie wspominał, marzył, zastanawiał się co by było gdyby?
Trzymając wnuka na kolanach będę opowiadał mu historię o młodzieńcu, który popełnił błąd, a konsekwencje ponosił przez całe życie? Tak ku przestrodze. By on postąpił inaczej.
Mam 26 lat, trzymając na rękach własne dziecko myślę o "tamtym" już rzadziej.
Wspomnienie szczeniackiej, przepełnionej gitarowymi dźwiękami namiętności.
Czasami ją spotykam. Jest sama. Wolę nie myśleć, że jest sama bo wciąż czeka.
Czeka na mnie. Z pierwszym uśmiechem mojego syna, zapomniałem. Zapomniałem jak przysięgałem. Nigdy nie powiem przepraszam.


Dla M.

sobota, 6 grudnia 2008

Dzieci większe od dorosłych 1

Nowa seria na blogu.
"Dzieci większe od dorosłych". Postaram się co jakiś czas prezentować niedalekiego geniuszu małolata.
Jako pierwszy dziesięcioletni Brendan MacFarlane w piosence Raya Charlesa "I got a woman".
Ciekawa jestem czy wam się spodoba. Mnie w sobie rozkochał.

czwartek, 4 grudnia 2008

Ta piosenka jeeeesttttttt...

RMF, Zetka, Eska, sreska... źródła najwyższych lotów popisów zarówno muzycznych jak i literackich. Przez lata wyrobiłam w sobie umiejętność zupełnego odcinania się od otaczającej mnie muzyki. Tj, jestem w sklepie, w sklepie leci radio, potrafię go po prostu nie słyszeć. Czasami jednak, z różnych powodów zmuszona jestem wsłuchać się w teksty naszych rodzimych hitów.

Pewnego dnia na przykład zrozumiałam najwyższą z prawd dzięki Michałowi Wiśniewskiemu. Mężczyźni nie są stali w uczuciach!
Objawienia doznałam dzięki refrenowi letniego przeboju sprzed paru lat,
"Zawsze z tobą chciałbym być, przez cale lato..."- Ich troje. Znajomi się śmiali z poezji czerwonowłosego bo nie rozumiały ofermy, że w tym wyższa prawda jest ukryta. Zawsze = lato! Nie wiem czy teoria działa też w czasie innych pór roku, powiem za parę lat.
Co do miłości to etap tylko dla wtajemniczonych osiągnęła nasza kochana Dodzia.
Ona nie tylko kocha faceta, którego kocha, kocha tez miłość, którą go kocha. Idąc dalej, kocha też pewnie miłość, którą kocha tą miłość, którą kocha tego faceta. Zresztą Dodziu, sama powiedz jak to było:
"Nigdy nie pomyślałabym
Że mnie spotka miłość
Którą kochać chcę
Tego któremu zabroniona ja i on mi też"- zespół Virgin.

Urszula to przynajmniej potrafi ładne porównanie zrobić. Wiadomo, pies to szczęście,
mały to też szczęście, z tekstu wynika, że nawet większe niż gdyby pies był duży. "Kiedy jesteś zakochany serce jak piesek mały cieszyć się będzie."- Urszula.
Gosia Andrzejewicz jak się zakocha to tworzy własną czasoprzestrzeń.
Genialna dziewucha, nie wiem czemu się jej tak czepiają.
Ona czuje uszami, wącha oczami, a myśli dupą, przepraszam, myśli pewnie sercem.
„Bo jesteś obecny w każdej chwili, która mnie otacza”- Gosia Andrzejewicz.
Ewelina swego chłopca ceni sobie bardzo. I dobrze. Wie ile ów przystojniak może, a ile by mógł gdyby mógł lub jednak nie mógł."Mogłeś więcej niż byś mógł."- Ewelina Flinta.
No co, wy jesteście w stanie coś takiego wymyślić???
Anna W., wokalistka Łez ma o jeden zmysł za dużo. Ona już tam dobrze wie, że facet jak daje kwiatka to coś narozrabiał. Chociaż, może po prostu nie lubi kwiatów...
Męczą ją róże, astry, goździki. Gdy ma przed oczami tulipana robi jej się niedobrze.
Bratki doprowadzają ją do nerwowych drgawek. Nie wiem czy posiada Ania małżonka ale jeśli tak, CZŁOWIEKU NIE KUPUJ JEJ KWIATÓW!
Sam popatrz, "Dałeś mi czerwoną różę Nie wytrzymam tego dłużej" – Łzy.
Nie chcę żebyście mnie źle zrozumieli, ja się na teksty nie skarżę,
nie mówię, że są zwykłą grafomanią, zlepkiem rymujących się ze sobą słów bez żadnego sensu. Przecież nie każdy jest Osiecką, Kazikiem czy Cyganem!
Nie skarżę się tak jak i Szymon Pesymista - "Nie skarżę się, bo po co i tak nie mam gdzie"- Szymon Wydra.
Zawsze usilnie próbuje zrozumieć teksty Bajmu i Beaty we wszystkich obliczach.
Złoty deszcz z nieba itd. Naprawdę długo tłumaczyłam koledze, że Kozidrak nie jest seksualną fetyszystką. Złoty deszcz nie łączy się w żaden sposób z pissingiem.
Gdy opadają mi już ręce, gdy nie mam już jak bronić naszych artystów, tekściarzy, przypominam sobie co śpiewał kiedyś Piasek. Zawsze podnosi mnie ten tekst na duchu.
"I jeszcze wierze w to, że zawsze jest jakaś
raz lepsza gorsza raz pogoda nie zostawi nigdy mnie"- Piasek


Zgodnie z wskazówkami NAJWIĘKSZYCH Jacek Sz. nadaje się na tekściarza bezapelacyjnie:

"Piosenka bez tytułu", autor tekstu: Jacek Sz.

I was driving from Gliwice
In my truck full of frozen chicken.
Celestyna in my mind
Against chicken starts the fight

Back is full of petrol stolen
From Tanksztele, wheels starts rollin’
To the rhytm of holes in asphalt
And sweet home, just one more ausfart


Celestyna’s naked body
And Drobimex workers - bloody
Mother fuckers! Take the gun
Against butcher’s start the fight!


Tak sobie myślę, że Grzegorz całość zamknął w jednej piosnce... koniecznie posłuchajcie:(

poniedziałek, 1 grudnia 2008

Centrum handlowo-rozrywkowe.

Mamo błagam Cię kup cokolwiek, zaraz zwariuję...

Nie nadaję się na towarzysza zakupów.
Shoppingowi od dzisiaj mówimy NIE.
Z okazji urodzin zabraliśmy z Tomkiem moją mamę do największego centrum handlowego w okolicy. Miała sobie sama wybrać prezent (w porywach do liczby mnogiej).
Przeżyłam totalne zdziwienie, że mamie nie podoba się nic w Reporterze, Orsay-u,Housie czy nawet w Reserved. Tomek dziwił się mniej, ewidentnie wraz z mą mamą połączyli siły w celu przekonania mnie, że tradycyjna, nie najmłodsza mama nie będzie nosiła bluzy w żółte paski lub płaszczyka z elementami moro.
Po prawie dwóch godzinach łażenia z wielkim bólem serca musiałam rzec,
ok POMYLIŁAM SIĘ, MACIE RACJĘ (do teraz czuję z tego powodu jakiś nieokreślony ból).
Pozostała nam ta druga część sklepów.
Szybko jednak sobie przypomniałam dlaczego do nich nie zaglądam.

Ja:
W jakiej cenie ta marynarka?
Pani Wyrafinowana Ekspedientka:
Jest przeceniona na 940zł.
Mama:
Spojrzenie jakby Pani Wyrafinowana Ekspedientka uciekła z ośrodka psychiatrycznego.
Tomek:
Mówiłem, Gerry Weber to nie jest dobry pomysł.

Dosyć szybko więc znudziło sie nam oglądanie kawałków szmatki za tysiąc pln-ów, których najatrakcyjniejszą częścią była metka.

Poszliśmy na kawę, obmyślaliśmy plan. Mama głośno obrażała pomysły Gino Rossi, Benettonów i innych Kruków. Ja walczyłam z telefonami z pracy. Tomek się śmiał:)
Po odbębnieniu "centrowej kawy", która w naszym grafiku jest i zawsze będzie, poszliśmy zwiedzać dalsze części tego obiektu "rozrywki".
Sekundy, minuty, godziny. Zmieniały się szyldy, ekspedientki, ceny i muzyka.
Czym dalej tym miałam silniejsze wrażenie, że te ciuchy są wszystkie takie same.
W końcu, W KOŃCU, znaleźliśmy sklep w którym była bluzka, która się mamie, tutaj cytat, "no mogłaby być", podobała.
Kosztowała jakąś normalną w miarę sumę. Spakowaliśmy i wialiśmy gdzie pieprz rośnie.
Jaka nastąpiła ulga gdy Tomek odpalił samochód, jedzmy stąd, szybko, jak najdalej!
Dotarliśmy do domu, po wypakowaniu się z samochodu, podsumowaniu zakupów.
1- bluzka prawie, że fajna dla mamy
2- płacz Tomka za (faktycznie rewelacyjnymi) trampkami z conversa, które były w każdym rozmiarze poza jego własnym.
3- pudełko ziarna dla królika.

Tomek pojechał do siebie. Mama odwróciła się i mówi.
- Chodźmy zobaczyć do sklepu pani Ani.( imię przypadkowe, za Boga nie pamiętam)
Z bólem serca się zgodziłam. I wiecie co?
Mama kupiła tam w 15 minut kilka naprawdę fajnych rzeczy. Nie mogłam uwierzyć w to co się dzieje, ubranka o połowę tańsze, zdecydowanie lepiej jej leżały.
Jakaś niemiecka ponoć znana, solidna firma. Podsumowując, straciliśmy jakieś 5-6 godzin na łażenie po trendy molochu jak u Pani Ani mogliśmy sprawę załatwić w pół godziny.
Niech mi ktoś teraz wytłumaczy takie zdanie,
"Uwielbiamy rodzinne niedziele spędzać centrach handlowych"- 60% polaków.

???????????????????????????????????????????????????????????????????????

A Marysia o tym tak....

niedziela, 30 listopada 2008

Szacunek

"Całe życie czekałam na jeden koncert, na to aż moja idolka przyjedzie w końcu do Polski. Pewnego dnia ktoś przyniósł radosną plotkę, Me'shell Ndegéocello odwiedzi nasz kraj! Koncert miał odbyć się w sali kongresowej, w Warszawie.
Oczywiscie ze zbędną przesadą zarezerwowaliśmy bilety chyba pół roku wcześniej.
Każde spotkanie z przyjaciółmi (tymi muzycznymi) kręciło się wokół postaci Me'shellki i tego co w końcu dane nam będzie usłyszeć na żywo.
Każda z jej płyt jest dla mnie świadectwem jej geniuszu.
"Beautiful" najwspanialszą piosenką świata.
Nadszedł ten wyczekiwany przez pół mojego życia dzień, dzień koncertu.
Wykupiliśmy bilety, rozsiedliśmy się na swoich miejscach i czekamy.
Pojawia się ona. Ubrana jest jak pierwszy z brzegu żul z centralnego,
staje tyłem do publiczności, krzyczy coś do swoich muzyków, z których jeden wygląda jakby o narkotykach wiedział dużo więcej niż przeciętny obywatel (nawet Holandii)i niszczy moje wszystkie ideały.
Zespół zachowuje się jakby ten koncert był ich prywatną próbą w garażu na obrzeżach Jasienicy. Ludzie wychodzą, kongresowa pustoszeje.
My siedzimy i nie możemy się napatrzeć, nie potrafimy uwierzyć.
Me'shell Ndegéocello naszą wielką miłość ma po prostu w dupie.
Kopie nas każdym, kolejnym, nieudanym dźwiękiem.
Kongresowa już prawie pusta. Wychodzimy, mój kolega płacze. Nawet ze sobą nie rozmawiamy. Nasze muzyczne ideały umarły."- powiedziała P.


Me'shell zagrała kilka tysięcy genialnych koncertów.
Ten, nie wiadomo dlaczego potraktowała jak potraktowała.
Może miała zły dzień? Może była pijana? Może jej za mało zapłacili? Może nie lubi Polaków?Może, może, może...
Nie wiem.
Słuchając P. uświadomiłam sobie jak ważny jest szacunek dla publiczności.
Nigdy do końca nie wiemy kto nas słuchał, na nas czekał.
Kto KUPIŁ bilet.

Przypomniało mi się co zrobiłam w tegoroczne wakacje.
Graliśmy na wielkim festiwalu, największa impreza w naszym życiu,
ponad sto tysięcy ludzi na publice. Napaleni byliśmy jak diabli.
Wszystko kręciło się wokół tego wydarzenia.
Na dzień po tym koncercie mieliśmy wystąpić na "dniach czegoś tam, gdzieś tam". Miejscowość malutka. Jechaliśmy myśląc o dniu wczorajszym, przeżywając to co się działo. Ubrana byłam tak se, podejście miałam zblazowane, nawet się specjalnie nie zastanawialiśmy jak ma wyglądać dzisiejszy koncert. Olewka.
Gdy trafiliśmy do owej, małej miejscowości okazało się, że na widowni jest około 5-7 tysięcy ludzi. Krzyczeli do nas. Skandowali nazwę. Byli świetni!
Poczułam się jak ostatnia szmata. Jak mogłam wyróżniać tamtą imprezę tylko ze względu na wielkość i prestiż. Na szczęście błąd popełniliśmy tylko we własnych myślach ale jak niewiele brakowało.Zagraliśmy najlepiej jak potrafiliśmy ale chyba dostaliśmy dobrą nauczkę.

Nie publiczność jest dla występującego, występujący jest dla publiczności.
Chociażby artysta był samym Michaelem Jacksonem.
Pierwsza zasada kodeksu muzyka! (kolejne wymyślę w następnych postach;))


sobota, 29 listopada 2008

Autostopowiczka

Koło północy wracał Andrzej z pracy. Zmęczony zastanawiał się dlaczego ma wciąż tak mało czasu, ciągle coś goni, gdzieś się śpieszy, a profity wciąż niewielkie.
Od dwóch lat próbował rozkręcić własną firmę, remonty.
Borykał się z notorycznym deficytem pracowników, terminami, drożejącymi materiałami budowlanymi.
Jechał samochodem, gdzieś w tle z radia dobiegało The Police.
Było już późno Andrzej co chwilę przecierał zmęczone oczy.
Droga zupełnie pusta, wokół niewielkie lasy, jakiś mały prywatny staw.
Tym razem z remontowanego sklepu klienta do domu dzieliło go kilkadziesiąt kilometrów jezdni.
Zobaczył na horyzoncie kobietę, zdziwił się było późno, okolica raczej nie obfitowała w ludzi. Kobieta energicznie machała do niego dłonią, miała przerażoną twarz.
Jej widok go rozbudził. Ładna, młoda zupełnie sama w takiej okolicy, chyba skądś uciekła. Nie pasowała do krajobrazu. Zatrzymał się. Nie zdążył nawet powiedzieć dobry wieczór, gdy z jej ust wystrzeliła masa nerwowych słów.
- Był wypadek, trzy kilometry stąd był wypadek, w wypadku jest dziecko ! Szybko musimy mu pomoć!Jedźmy natychmiast, błagam pana!

Nim Andrzej zdążył cokolwiek odpowiedzieć kobieta już siedziała w jego samochodzie.
Nacisnął gaz i ruszył we wskazanym kierunku.
- Szybciej, niech pan jedzie szybciej!
Kierowca zupełnie oszalały sytuacją przyspieszał.
Zerkał na nią co jakiś czas, jasna sukienka w kwiatki, długie ciemne włosy i te dziwne oczy. Jakby była zahipnotyzowana.
Nawet nie zapytał jej skąd wie o wypadku, przyspieszał i przyspieszał.
Z odległości kilkunastu metrów dojrzał samochód, stojący częściowo na drodze, druga część wbita była w barierkę. Zbliżając się zobaczył, że przód jest zupełnie zgnieciony.
- O matko, ona ma racje!- pomyślał.

Wyskoczył z samochodu, wyciągnął telefon powiadomił odpowiednie służby.
Usiłował otworzyć przednie drzwi od strony pasażera, nie powiodło się.
Zaczął wyszarpywać tylne. Wokół totalna ciemność. Mało widział. Drgnęły.
Na siedzeniu leżał zakrwawiony może czteroletni chłopczyk.
Przeraził się, drżącymi dłońmi powoli wyciągnął dziecko.
Chłopczyk pod wpływem zimnego powietrza ocucił się i zaczął głośno płakać.
Twarz Andrzeja rozświetliły światła, nadjechało pogotowie, tuż za nim pędził radiowóz. Sanitariusz wyskoczył z karetki, zabrali od niego dziecko, "ono żyję"- ktoś krzyknął.
Wszystko wirowało Andrzejowi w głowie, odsunęli go.
Straż pożarna, światła, krzyki lekarzy, totalny chaos.
Stał z boku i obserwował. Małego pogotowie natychmiast zabrało do szpitala.
Usiłowano otworzyć przednie drzwi pokiereszowanego samochodu.
Tam ktoś, jest krzyczeli strażacy.
Niewiele widział. Po chwili usłyszał - "niestety, nie żyje".
Wyciągali czyjeś zwłoki. Andrzej podszedł do jednego z policjantów, zapytał o stan chłopca, mundurowy odpowiedział, że mały przeżyje.
Odetchnął i wtedy przypomniała mu się ta kobieta, ta która tutaj go przywiozła.
Był tak roztrzęsiony, że zupełnie zgubił ją z oczu.
Policjant przeglądał dokumenty znalezione przy ofierze, coś notował.
Andrzej zaczął szukać tej, która go na miejsce wypadku przywiodła.
Gdzie ona jest, jak to możliwe, myślał.
- proszę pana, a gdzie jest ta kobieta?- zapytał.
- jaka kobieta?- znad papierów wymamrotał policjant.
- no ta, która powiedziała mi o wypadku, która ze mną tutaj przyjechała!
Policjant podniósł pytający wzrok.
Wtedy Andrzej zobaczył zdjęcie w dowodzie osobistym ofiary.
Te oczy, duże, dziwne, te długie, piękne, ciemne włosy.
To ta kobieta!- krzyknął Andrzej.
Ta kobieta zmarła w tym wypadku na kilka godzin przed pana przyjazdem tutaj- odpowiedział zupełnie spokojnie policjant.
Poprowadził Andrzeja do leżącej na ulicy, ledwo wyciągniętej z samochodu ofiary.
Jasna sukienka w kwiatki zabrudzona była krwią.
Nawet nie chciał zobaczyć jej twarzy.
- ale ona zatrzymała mnie mówiąc, że w wypadku jest dziecko, przyjechała ze mną tutaj, Jezu..- jąkał się Andrzej.
- to matka tego chłopca, proszę pana. Spokojnie, ja panu wierzę.
Nie pierwszy raz tą historię słyszę.- odpowiedział policjant odchodząc w kierunku radiowozu.


piątek, 28 listopada 2008

Linka sieciową świnią też jest.

Mam nowe hobby, na pewno nie potrwa dłużej niż dwa tygodnie ale chwilowo jestem tematem zauroczona. Kafeteria, kobieca część portalu O2.
Debilizm nad debilizmy.
Ludzie anonimowo zwierzają się z hemoroidów, nienawiści do własnych dzieci, zdrad, słuchania piosenek Dody. Wypisują rzeczy wręcz niewiarygodne.
Mój ulubiony temat brzmiał tak :
"Jastrzomb porwał mojego pudelka, co robić?"
(Autentyczny topic z Kafeterii).
Czytałam i czytałam i ludzkiej głupocie nadziwić się nie mogłam.
Wtedy w Linkowym mini mózgu powstał genialny pomysł na nowy ciekawy sposób marnotrawienia czasu.
Będę wymyślała tematy i podkręcała ludzi do pisania komentarzy.
Z poczatku sądziłam, że użytkownicy zorientują się, że te kompletne idiotyzmy są czyjąś słodką prowokacją. A gdzie tam.
Pomagali mi, krytykowali mnie. Przeżywali moje problemy.
ODPISYWALI!


D.XXX to młody człowiek którego pozwoliłam sobie wymyślić.

Temat: CHCE ZUCIC SZKOLE

15:37
D.XXX
Mam 12 lat i chce zucic szkole. Czy mam do tego prawo?
Chce isc do pracy ! Nie wiem po co mam chodzic do szkoly.
Co zrobic zeby nie musiec tam chodzic?

15:37
Juliusz Cezar
shofaj siem w pifnicy za kartoflami

15:38
nauczyc sie
ortografii..

15:39
Wiolka1986
Drogie dziecko ucz sie jak najdluzej a nie pisz glupot, niedlugo do lapoaty trzeba bedzie miec studia wiec nie radze rzucac nauki

15:40
ciotka anielka
jak pochodzisz jeszcze troche do szkoły to może nauczą Cię ortografii wiec moze jeszcze nie rzucaj szkoły

15:40
D.XXX
ale ja uwarzam ,ze bym sobie poradził.
Nadaje sie do pracy. Nierozumiem co ma do tego wiek !
Powiedzcie.
Z ortografi nie jestem najgorszy.

15:43
zostawilam
to rzucaj. tylko zebys potem nie zalowal/a

15:46
masz racje
szkoła jest do d**y też chciałabym rzucić a jestem starsza o dwa lata.

15:48
D.XXX
masz racje ale jak mam to zrobic mama nie chce o tym slyszec?
a moj tata ma mnie gdzies bo jest prezesem w orange czy cos takiego i ciongle pracuje. Ale jakbym nie chodzil do szkoly to by do nas przyjechal i sie klucil pewnie.

15:50
UMA9Dziecko szkoła jest obowiązkowa do końca gimnazjum.

15:55
D.XXX
puma9 no wlasnie bez sensu to jest.
To ja uciekne z moja dziewczyna
z domu i gdzies wyjedziemy do normalnego kraju gdzie sie ludzi nie zmusza do pracy i gdzie nie zadza kaczynscy

15:56
777-X
D.XXX, kochanie, żeby mieć dobrą pracę, najpierw musisz zdobyć odpowiednie wykształcenie.
Ukończ szkołę średnią i możesz iść do pracy. Jeszcze zdążysz się napracować - po ukończeniu szkoły średniej będziesz miała na pracę całe długie 40 lat.

15:56
Shao_Lin
aaa, jeszcze jedno. Legalnie można pracować od 16 roku życia.
Dziękuję i do niewidzenia.

15:56
D.XXX
moze dla ciebie to jest nudne a dla mnie to moj duzy problem.
Nie mam zlych ocen z polskiego nie czepiajcie sie!

15:57
D.XXX
I jestem chlopakiem nie mowcie do mnie jak do laski ! XD

15:57
777-X
Jak uciekniesz z domu to skońszysz na dworcu i będziesz musiała dawać dupska żeby nie umrzeć z głodu...
A teraz idź i odrób lekcje na Poniedziałek. Dosyć tych humorów.

16:04
PUMA9
Żeby iść do pracy to chyba musisz wyjechać do Chin bo tam zatrudniają już dzieci ale chyba tylko za miskę ryżu.

15:59
D.XXX2
tyktanta pisze na trujki albo dwujki ale to nic ja hce żócić szkołe bo hce iudź do poracy i mósze cosi óczynidź w tym kierónku poraćće mi coś bo jórz nie wiem

16:04
D.XXX
czemu on mnie udaje?
Nie do Chin tylko do Irlandi pojade

16:09
PUMA9
Do Irlandii pisze się przez ii, jednak zostań w tej szkole jeszcze.

16:06
D.XXX
Dobra, znudziło mi się, pozdrawiam Was, Linka :)
_________________________________________________________

Tutaj Linka zmieniła się w początkującą dziwkę.

TEMAT: Niemoralna propozycja

16:22
anioleczzka29
Dostałam od szefa propozycje.
W zamian za sypianie z nim podwyższy mi pensję o 1.500zł miesięcznie.
Teraz zarabiam dwa tysiace z drobnymi więc propozycja jest naprawdę kusząca. Szef jest raczej przystojnym mężczyznom.
Niestety w przyszłym roku wychodzę za mąż, boję się, że ,mój przyszły mąż się o sprawie dowie.
Co radzicie ale szczerze?

16:23
żmijka niewydymka
mężczyznom

16:23
Z Każdym Dniem...
rzuc ta robote!

16:25
awers
Kpiny sobie urządzasz? Albo romans, albo małżeństwo! Nieźle zarabiasz, a szef to ohydna szuja, skoro coś takiego proponuje.

16:26
karamba bamba
kiepsko placi

16:26
sypiaj z nim do woli
juz samo rozwazanie takiej propozycji wiele mówi o tobie-i mam nadzieję,że chłopak cię zostawi


16:26
anioleczzka29
rzucić pracę w tych czasach? Nie żartuj...
Z drugiej strony to tylko seks, może być nawet lepszy niż z narzeczonym
Troche jednak się obawiam , że sprawa się wyda.

16:27
Shao_Lin
"Niestety w przyszłym roku wychodzę za mąż"
Skoro "niestety", to lepiej sobie odpuść. A w zamian puść się ze swoim szefem, skoro kasa jest dla Ciebie ważniejsza..

16:31
anioleczzka29
Nie jest ważniejszy. Kocham mojego chłopaka.
Jednak, popatrzcie rozsądnie.
Taka comiesięczna dawka gotówki pomogłaby
nam obojgu.
A ja chyba specjalnie nie ucierpię, prawda?

16:33
maseqw
A ja chyba specjalnie nie ucierpię, prawda?
dobre

[28.11.2008] 16:35
kafefankaa
jesteście hipokrytkami.
Większość lasek by na to poszła a tu udajecie ze jesteście oburzone.

16:37
anioleczzka29
Shao, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal
Kafefanka, też tak to odbieram

16:37
gdfgf
w sumie to prawie jak twoje wynagrodzenie a co tam raz sie zyje... a dlaczego akurat tobie zlozyl taka propozycje

16:36
przeciez to
prowokacja.Laska jaja sobie z Was robi :)

16:38
anioleczzka29
"przecież to"- dokładnie.
Już mi się znudził temat, pozdrawiam, Linka :)
___________________________________________________

To był mój najkrótszy temat:P

TEMAT: Kocham swojego wujka jak mezczyzne!

16.40

Marietta18
Kocham swojego wujka jak faceta. Ma 38 lat jest boski ale to brat mojej mamy, co zrobic????????

16.42
Krok w przód
Linka?:)

16.44
Marietta18
No;/
_________________________________________________

Hobby mam godne poprzedniego posta na blogu ale bawię się wyśmienicie.
Puentą niech będą słowa Stanisława Lema.
"Dopóki nie skorzystałem z Internetu nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów"


Na pocieszenie coś extra:)

czwartek, 27 listopada 2008

Sieciowa świnia

Moja przyjaciółka U. bawi się w pewną wirtualną gierkę ( czy tam rzeczywistość, whatever) i w niej postanowiła zorganizować, coś w rodzaju RPG-a .
Zbudowała sobie państwo, nazwała je Polską Republiką, bawi się w królową,
organizuje wybory, dba o działanie teatru, klubów, wynajmuje graczom działki na sklepy, domy itp.,itd. Poświęca swojemu "hobby" masę czasu.
Wszystko wirtualnie, "na niby".
Byłoby tak gdyby ludzie nie byli identycznie paskudni do tych z reala.
Gdy urosło zainteresowanie tematem, eksperyment U. stał się sławny,
ludzie bawiący się razem z nią zaczęli, mówiąc zdrową polszczyzną - obrabiać jej dupę.
Dzięki temu, że dzieje się to w internecie, oczywiście anonimowo, jakby inaczej:)
Kliknijcie tutaj . Na portalu Wiadomisci24 pojawił się artykuł o wirtualnym państwie U.
Po przeczytaniu artykułu zerknijcie na komentarze.
Ja, jako, że znam projekt U. dosyć dobrze, wiem, że wypisywane przez wspaniałomyślnych, bezimiennych "mądrości" są kompletnymi bzdurami lub w najlepszym wypadku poprzeinaczanymi faktami.
Wirtualny człowiek to chyba jeszcze większe dno od tego z twarzą.
W sieci zachowujemy się jak zwierzęta.
Jesteśmy anonimowi, a raczej anonimowymi się czujemy co budzi w nas najgorsze instynkty.
Założę się, że autorzy wspomnianych komentarzy czatując z U. w grze są mega sympatyczni i przyjaźni.
Tylko wiecie co? Ciekawe kto z spośród tych pikselowych ludzi załapał, że ta wirtualna U. w takiej sytuacji zmusza realną U. do niefajnych emocji.
Zapomnieliśmy, że ludzie w sieci to Ci sami ludzie, których spotykamy w autobusie?

Nic dodać poza Chain of fools...


środa, 26 listopada 2008

Huhuha

Moja nienawiść do zimy rośnie z minuty na minutę.
Minusowe temperatury odbierają mi chęć do życia.
Czuję się dobrze tylko i wyłącznie w łóżku i to pod podwójną kołdrą.
W ciągu dnia nie opuszcza mnie wrażenie, że mój organizm przechodzi właśnie proces przemiany wody w lód. Widzę lodowe bryły mojej krwi. Zamarzam ! Kilka razy dziennie zamarzam! Nawierzchnie wszelakich dróg i ścieżek śliskie,
można się zabić przy każdym przyśpieszeniu (pieszym lub nie).
Te głupie dzieci rzucające w siebie tymi zimnymi śnieżkami zbudowanymi z zimnego śniegu.
Wiatr wieje w oczy, słońce odbija się w śniegu, jasno jak diabli.
Ja mam jakieś oczy zepsute ( wcale nie od kompa!) i połączenie wiatru i nadmiaru światła powoduje momentalny płacz. Makijaż nie ma więc sensu, i beż czarnych od maskary policzków zaryczana wzbudzam zainteresowanie.
Wszystkie nieszczęścia spotykające moją rodzinę dzieją się zimą, jak nie to to tamto.
Zimą po prostu wszystko jest źle.
Mimo usilnych starań to poza świętami Bożego Narodzenia chyba żądna oznaka tej pory roku mnie nie cieszy. Chciałabym być niedźwiadkiem, przesypiać to cholerstwo, budzić się z pierwszymi promieniami słoneczka.
Nie musieć połowy dnia spędzać przy jakimś brudnym kaloryferze dodającym mi sił.
Nienawidzę nart, sanek, lodowisk, zimna, grzanego wina, chłapy, królowej śniegu.
Nienawidzę tych paskudnych malowideł "dziadka mroza" na szybach, nienawidzę gór w których mieszkam bo jest jeszcze zimniej niż w innych częściach polski, nienawidzę przystanku Alaska.
NIENAWIDZĘ CIĘ ZIMO!


wtorek, 25 listopada 2008

Rada miasta w Palermo.

Nadeszła noc w Palermo, wszyscy śpią.
Niestety, bardzo niespokojnym snem.
Wiedzą, że ktoś zginie.
Słychać kroki, ktoś wyciąga broń.
Strzał.
Mafia zabiła Ciebie.


Zawsze byłam fanką wszelkich gier i zabaw dla dorosłych(uu zabrzmiało).
Jest jednak pewna gra, która wprowadza mnie w stan totalnego wariactwa umysłu i ciała.
Gra w której należy oszukiwać w oczy przyjaciół, znajomych.
Zasada jest jedna - dowiedz się kto kłamie.
Najzabawniejsze jest to, że tylko i wyłącznie na podstawie tego jak i na kogo w sprawie oszustwa typują współgracze.
Brzmi enigmatycznie, bez obaw, zasady są banalne.

Gra w mafię to gra towarzyska opracowana przez Dmitrija Dawidowa w 1986 roku na Wydziale Psychologii Uniwersytetu w Moskwie. Gra początkowo rozgrywana w salach wykładowych i akademikach uniwersytetu, stawała się coraz bardziej popularna w innych radzieckich szkołach, a w 1990 przekroczyła granice, popularyzując się najpierw w Europie (Węgry, Anglia, Norwegia), następnie w USA. W tej chwili jest grana na całym świecie. Według ustnie przekazywanej legendy wykorzystywana była w byłym ZSRR do szkolenia szpiegów i dyplomatów. Faktycznie gra jest dość dobrze przemyślana i wyważona, dzięki czemu każdy ma mniej więcej jednakowe szanse. Wymaga przy tym ciągłej kontroli mowy ciała oraz innych sygnałów pozawerbalnych zarówno u siebie jak i u innych graczy.
Rzecz dzieje się w mieście Palermo, gdzie właśnie wybrano nową radę miejską. Po raz pierwszy istnieje szansa na skuteczną walkę z mafią. Mafii udało się bowiem wprowadzić do rady tylko 3 na 13 radnych. Niestety nie wiadomo których... Rada nie może rozpocząć obrad dopóki nie usunie ze swego grona wszystkich mafioso. Ma na to coraz mniej czasu, gdyż mafijne rodziny nie próżnują i co noc ginie jakiś radny.

W związku z tym, że ciężko mi jakoś zebrać w jednym miejscu o stałej porze 13 osób zasady dostosowaliśmy do warunków. Gra nas mniej, nie ma specjalnie rozwiniętej fabuły i gadżetów, a co już w ogóle zabrzmi dziwnie dla tych z Was co w mafijne porachunki już kiedyś się wplątali, GRAMY ZA POMOCĄ SKYPE!
Nie widzimy swoich twarzy, gestów, wsłuchujemy się wzajemnie w własne głosy.
Troszkę zmniejsza to możliwości posunięć w grze.
Dzisiaj o 19, rada miast znów sie zbierze, do zobaczenia, jeśli przeżyję.


Jeśli ktokolwiek ma ochotę dołączyć do drużyny, proszę o kontakt GG:10268277.

Tak to wygląda...:)

poniedziałek, 24 listopada 2008

Eva

Niedoceniona za życia, diva, genialna w swojej prostocie.
Delikatna, ulotna, nierealna.
Kwintesencja jakiejś takiej dziewiczej kobiecości.
Mrzonka, obłok.
Bogini.

"Sting autor piosenki Fields of Gold wzruszył się do łez słuchając wersji zaśpiewanej przez Evę Cassidy..."

wikipedia, Eva Cassidy.

Ankieta Ogierowa.

Wy tacy i owacy!

Czas na głosowanie w mojej kretyńskiej ankiecie upłynął.
Wyniki.
Bardzo serdecznie Wam dziękuje za to, że oddaliście mojego bloga Ogiemu!
41% stwierdziło, że miło by było gdyby Og przejął linkowy pamiętnik.
Obrażam się na Was kompletnie, ostatecznie i dozgonnie !
Nawet nie pociesza mnie fakt, że 25 % spośród Was stwierdziło, że Og jest chyba jakimś nieznanym ogrem.
Odeszłabym, jednym kliknięciem !
Gdybym tylko miała jakiś honor....a że nie mam go, jedynie miewam - nowa prawie,
że o badawczo-naukowym znaczeniu ankieta już za moment:)

Ech, z dedykacją dla Ogiego, który nadal będzie w ilościach przerażających komentował posty linkowego autorstwa.

.

niedziela, 23 listopada 2008

Element Teściowa

Element teściowa - pojawia się w życiu wraz z brudnymi skarpetkami męża.
W momencie gdy facet pokazuje w końcu swoje, prawdziwe, ostateczne oblicze,
zjawia się ONA. Matka, największa miłość, autorka, rodzicielka brudnoskarpetowca.
Tak sobie myślę o teściowych, których póki co nie mam, ze względu na wczorajsze spotkanie ( nie , nie mam ze względu na spotkanie, ze względu na myślę...omg niejasne to).
Kilka parek, trochę starszych ode mnie, prześcigiwało się w opisach teściowych potworów. Na pięć przerobionych związków, teściowej bezwzględnie nie znosiło pięć młodych mężatek. Co ciekawe, panowie-mężowie o teściach wypowiadali się pozytywnie,
a własnych matek, szarganych słowami synowych nawet specjalnie nie bronili.

"oddajcie mi wieżę jaką kupiłam R.(syn) 12 lat temu na urodziny!!!!
Nie należy Wam się!
-mamo ale ta wieżą już dawno nie działa!
- wiedziałam, wszystko co trafi w jej ręce zostanie zepsute!"

"- psu się nie daje surowego mięsa!
- ale była resztka.. dałam mu dla smaku, czekał.
- nie wolno ! Co będzie jak W KOŃCU urodzisz dziecko?Też mu dasz surowe mięso??
- O.o"

"Zjedz zupkę A.
- nie, dziękuję, właśnie byłam na obiedzie
- zjedz zupkę, grzybowa, pyszna..
- naprawdę nie dam rady:(
- NIE PRZYJDĘ NA WASZ ŚLUB!
- O.o"

Takimi historyjkami zasypywali nas cały wieczór. Część radowała się osobnym mieszkaniem, część jęczała na wspólny dach bo nawet osobne piętra nie pomagają.
Ja usiłowałam postawić umysł i serce w tak ekstremalnej sytuacji, MAM SYNA I ON BIERZE ŚLUB z jakąś tam kobietką.
Wiecie co?
Udało się,
ja już nie lubię tej dziewczyny.


Heh fajny teledysk gitarowego mistrza, nie ma teściowej ale jest namiętna walka, mnie osobiście dobrze znana "gitara czy dziewczyna?"

KLIKAJ BEJBE WE MNIE;)

piątek, 21 listopada 2008

Teoria spiskowa Linki part 2

Jacek Sz.
a propos posta na Twoim blogu...http://www.virusmyth.com/aids/award.htm
Linka
teoria spiskowa?:)
Jacek Sz.
jaka spiskowa?
Jacek Sz.
kasa jest do wzięcia:)
Jacek Sz.
na razie nikt nie odebrał:)
Linka
streść bejbe
Jacek Sz.
ok, już mówię. AIDS nie ma;)
Jacek Sz.
nie odkryto tego, są tylko objawy
Jacek Sz.
pamiętasz tego koszykarza słynnego z AIDS?
Jacek Sz.
żyje zdrowo do dzisiaj:)
Jacek Sz.
wiec ogłosili konkurs, kto znajdzie ten Aids;)
Jacek Sz.
i nikt nie odebrał nagrody, już chyba 100 000 US jest do łyknięcia;)
Jacek Sz.
a koleś od tego anty AIdsa, wyzwał szefa koncernu farmaceutycznego w TV tak:
Jacek Sz.
ja sobie wstrzyknę ten wasz AIDS, a pan niech bierze te leki, które sprzedajecie
Jacek Sz.
i tamten wymiękł;)


NAGRODA DLA TEGO KTO ZNAJDZIE AIDS !!!

Teoria spiskowa Linki.

Czy przypadkiem niektóre sprawy na tym świecie nie są przed nami ukrywane?
Rozmawiałam sobie kiedyś z niejakim panem Tobbym.
O nowotworach. Pan Tobby powiedział, że to niemożliwe, że dotychczas nikt nie wymyślił lekarstwa walczącego z nowotworami skutecznie.
Zaczęliśmy się zastanawiać.
Czy to możliwe, przy takim rozwoju technicznym, elektronicznym, KAŻDYM, żeby nowotwory wciąż działały sobie bezkarnie i zabijały rocznie miliony ludzi na całym świecie?
Tobby zbudował wtedy pewną wizję, co by było gdyby owe lekarstwo dostępne było dla każdego, jak antybiotyk przeciw grypie.
Temodal, lek stosowany w przypadku nieoperacyjnego, złośliwego glejaka mózgu (III anaplastyczny,IV),
kosztuje proszę Państwa grube tysiące złotych, w dawce tylko dla jednego pacjenta.
W większości kuracji, w dowolnym typie nowotworu występują jakieś masakryczne drogie leki. Gdyby okazało się, że raka leczy się listkiem z wierzby płaczącej co stałoby się z wielkimi koncernami farmaceutycznymi, miliony dolarów, miliony pracowników.
Gospodarka miałaby problem. Poza tym, od paru lat nie umiera się już na katar, umieralność w sposób znaczący spada, przyrost naturalny ten sam. Byłoby nas za dużo?
Podobnie sytuacja przedstawia się jeśli chodzi o coś, każdemu z nas bliskiego.
BENZYNA.
Nie zastanawia Was jakim cudem nadal nie możemy sobie kupić samochodu jeżdżącego na wodę, wiatr, sok z gumijagód, whatever. Fakt, że poza benzyną, gazem żaden inny środek napędowy nie działa? Nie działa ale wymyślamy aparaty fotograficzne z pudełka zapałek, wirtualne rzeczywistości i elektroniczne narkotyki.
Ciężko mi uwierzyć w taką nierozgarniętość naukowców, techników, ba, odkrywców w tym temacie. Jakoś łatwiej mi jest sobie wyobrazić co by się stało gdyby benzyna była nam na gówno potrzebna. To jest dopiero rynek. Kura znosząca złote jaja.
USA by nie miało po co Iraku napadać nawet:)
Powiedzcie mi czy ja popadam w obsesję teorii spiskowej czy coś tutaj nie gra?

PS: Co do nowotworów, może komuś z Was się te artykuły przydadzą, biorąc pod uwagę, że tematem się interesuję zaciekawiły mnie linki od pana Tobby'ego. Przesyłam Wam, zawsze to jakaś opcja.

Kontrlola pH i wspomaganie tereapii NaDCA - Posty Oralce




Nowotwór skóry i DCA


Skany TK Guzy mózgu NaDCA + Radio oraz info Avistin + NaDCA


Zmniejszenie się nowotworu płuc, kompletna regresja guzów mózgu i wątroby


Zmniejszenie nowotworu płuc i węzłów chłonnych


Nowotwór Płuca - za pomocą samego NaDCA kompletna remisja (brak radioterapi i chemioterapi)


Prawdopodobnie pełna remisja guza dróg żółciowych (Cholangiocarcinoma)


Chłoniak Nieziarniczny


Blisko całkowitej regresji nowotworu płuc Tom’a McGhee


Glejak IV w remisji - zatrzymanie wznowy - zmniejszenia masy guza - NaDCA+ Temodal


Dr. Huppes, Holenderski internista i onkolog,technolog komórkowy. Wyleczył siebie w przeciągu 11 tygodni, 2 razy na tydzień dawka 60mg/kg (pierwszy tydzień 90mg)
15 min przed zażyciem DCA zażywał również 20gr kwasu cytrynowego.


NaDCA + Gleevac - Całkowita remisja Glioblastoma
Fenomenalna Odpowiedz guza mózgu na NaDCA + Gleevac



Raport poprawy stanu zdrowia pacjenta z nowotworem nerki


Chłoniak Pana D. - zdumiewająca odpiwedż na terapie DCA (bez chemii i radioterapii)

Glejak w remisji - szczegółowy opis przypadku leczonego w Klinice Medicor w Kanadzie


Czerniak z przerzutami do mózgu
Stabilizacja czerniaka oraz zanik ognisk przerzutowych w mózgu - szczegółowy opis przypadku leczonego w Klinice Medicor w Kanadzie



czwartek, 20 listopada 2008

Jedynka z chemii.

Dzisiaj, rozmawiając z kimś doszłam do wniosku, że stan zakochania to stan ograniczenia umysłowego. Nie myślimy racjonalnie, nie ufamy jednej, jedynej "rzeczy" w jaką zawsze wierzyliśmy, czyli rozumowi.
Nie korzystamy z życiowych doświadczeń, nie potrafimy odczytywać sygnałów,
nie docierają do nas proste informacje.
Nasz umysł krzyczy, a my sprzedajemy mu kopniaka w tyłek.
Postępujemy wedle zachcianek jakiejś dziwnej reakcji chemicznej, następującej w naszym organizmie.
Najmądrzejszy naukowiec nie kieruje się wtedy faktami, kieruje się.. no właśnie.
Pytanie czym się kieruje. Sercem? Serce to pompa istotna w naszym krwiobiegu.
Jedynie symbol. Co się wtedy z nami dzieje?
Freud i Jacek Sz. powiedzieliby, że jesteśmy opętani seksualną wizją, którą ochrzciliśmy "wyższymi uczuciami". Okay ale w takim razie moglibyśmy się rzucić na pierwszą z brzegu jednostkę z "inną końcówką"?:)
Nie, my chcemy JĄ/JEGO.
Chemia.
Nigdy nic nie rozumiałam z chemii, pewnie dlatego nie mogę pojąć tego dziwacznego stanu.
Robimy z siebie idiotów i kompletnie tego nie zauważamy.
Jakbyśmy dostali obuchem w głowę, półprzytomni, nierozgarnięci.
Ułomni!
Może to po prostu choroba?
Jeśli tak, ja jestem zupełnie zdrowa ! IHA!!!


Moje drogie koleżanki proszę o przetłumaczenie sobie poniższego tekstu, jakiś taki
prawdziwy. Jeśli jeszcze nie teraz, to kiedyś prawdziwy na pewno będzie, więc się przyda :)


Dedicated On. Na pożegnanie :)

środa, 19 listopada 2008

Więc kamieniem nie bądź mi...

Wysłuchaj mojej pieśni Panie,
do Ciebie wznoszę dzisiaj głos.
Ty jesteś wszędzie, wszystkim jesteś Ty,
lecz kamieniem nie bądź mi.

Do Ciebie pieśnią wołam Panie,
bo ponoć wszystko możesz dać,
więc błagam daj mi szansę jeszcze raz,
daj mi ją ostatni raz.

Wystarczy abyś skinął ręką,
wystarczy jedna Twoja myśl,
a zacznę życie swoje jeszcze raz,
więc o boski błagam gest.

Do Ciebie pieśń tę wznoszę Panie,
czy słyszysz mój błagalny głos?
Raz jeszcze daj mi od początku iść,
daj mi życie jeszcze raz.

Już nie zmarnuję ani chwili,
bo dni straconych gorycz znam,
więc błagam daj mi szansę jeszcze raz,
daj mi ją ostatni raz.

A jeśli życia dać nie możesz,
to spraw bym przeżył jeszcze raz
tę miłość, która już wygasła w nas,
spraw bym ją przeżył jeszcze raz.

Do Ciebie pieśnią wołam Panie,
do Ciebie wznoszę dzisiaj głos.
Ty chlebem, ptakiem, słońcem możesz być,
więc kamieniem nie bądź mi.


TADEUSZ NALEPA - MODLITWA


wtorek, 18 listopada 2008

Miłość jak Rutowicz

Na ostatnim spotkaniu towarzysko-pijackim powiedziałam tak;
"Jak to Oscar Wilde rzekł, miłość jest jak duch, każdy o niej mówi ale nikt jej nie widział, z Jolą Rutowicz jest podobnie, każdy o niej mówi ale nikt nie wie jak ona wygląda". Jakim cudem takie zdanie urodziło się w mojej, zamargaritowanej głowie
Bóg jeden wie ale jakaś prawda w nim tkwi.
U. skinęła głową ale ona nie zna nawet Feel'a więc nie kształtuję obrazu ogółu na jej podstawie. Jednak spora część towarzystwa śmiejąc się z teorii zauważyła,
że nie ma pojęcia o fizycznej stronie Jolki.
Jola Rutowicz- nowa celebrity, ponoć synonim polskiej głupoty.
Pojechałam wczoraj do P. i myślę, kim do cholery jest ta Rutowicz???
Odpaliłam YouTuba, szukam owej ikony głupoty. a tu... nic ciekawego.
Niekoniecznie ładna kobieta, nadużywająca solarium, mówiąca nieskładnie i często bez sensu. Nic ponadto. Moja umiłowana Oxanka wali ją na łeb i szyję poziomem wrodzonego kretynizmu. Tak sobie pomyślałam, ani to mądre, ani to ładne, nawet to głupie jakoś przerażająco nie jest. Jola Rutowicz jest po prostu ŻADNA.
Dlaczego więc jest taka sławna? Odpowiedz banalna ale jakże zaskakująca, ona jest sławna bo jest sławna!
Gwiazda, wydawało mi się, że to osoba swoją twórczością, umiejętnościami, osiągnięciami, pracą, osobowością wyróżnia się z tłumu szaraków.
Widać myliłam się, takie gwiazdy powoli odchodzą w niepamięć, nowi kandydaci na nie są tłumieni w zarodku.
Czym więcej Cię w mediach tym większą gwiazdą jesteś, a czy grasz w filmach Tarantino czy po prostu sobie stoisz i patrzysz w światełko kamery nie ma kompletnie żadnego znaczenia.
Biedna U. oglądając "Taniec z gwiazdami" próbowała wszystkimi swymi siłami wytypować kto jest gwiazdą, a kto tancerzem, przeczytajcie tutaj jakie wyciągnęła wnioski.
I fakt jedna pani zagrała w Magdzie XYZ., druga w Pensjonacie pod stokrotkami, trzecia jeszcze chyba nigdzie.
Takie mamy w Polandii jasno świecące gwiazdy. Mnie we wspominanym odcinku uderzyła swoja jasnością GWIAZDA WIECZORU, Piotr Polk. Nie znacie??? Gwiazdy wieczoru?
SAMEGO ŻYCIA HOŁOTO NIE OGLĄDACIE? I słuchajcie, śpiewający aktor !(piosenka aktorska?szkoda, że nie ma jeszcze murarskiej - Marysia Peszek)
Był jak Frank Sinatra, tańczył, śpiewał i sztucznie się uśmiechał.
Z jedną, małą różnicą, żadnej z tych rzeczy robić nie potrafił.
Ciekawa jestem kiedy w tym jeb.. kraju ktoś zauważy, że właśnie to podejście do sztuki, show, rozrywki i kultury powoduje, że, 40 milionowy kraj, w środku Europy jest na świecie znany jedynie z jednej piosenki i metalowego zespołu Vader ???

ps: oczywiście nie cały świat ją zna ale chociaż cała Azja.



To ten kawałek, zabawne, część Polaczków nie zna jej autora.

poniedziałek, 17 listopada 2008

Margarita z NIMI.

Cholera jasna, oni mnie zabiją, nawet nie wiedzą jak każde z nich wygląda!
- rozpaczała Linka pędząc z P. warszawskimi drogami, spóźniona jakieś 40 minut.
Na Nowym Świecie, w tym samym momencie klęło na nią kilka zupełnie obcych sobie osób.
Nie wiedzieli nawet jak wyglądają, stali więc koło siebie usiłując trafić kto może być tym kimś od Linki.
Wiadomo, jak się człowiek śpieszy wszystkie światła są czerwone, a przed nami jedzie traktor. P. jak zwykle pogodna, śmiała się z organizatorki roku,
po kolei wszystko zawalającej Linki. Telefon co chwilkę piszczał przypominając "halo my tam czekamy", celowo był ignorowany i tak nie przyśpieszyłby ruchu drogowego!
Dotarłyśmy.
Stali moi internetowi znajomi w ludzkich, krwisto-wodno-białkowych wersjach.
Tak się tym widokiem przeraziłam, że pierwsze co zrobiłam to oblałam się Tigerem, a przy próbie wyrzucenia po nim puszki zderzyłam się z koszem na śmieci.
Po pierwszych prezentacjach, trzeba było wybrać lokal.
J2. z P. intensywnie kombinowały, R. wymownie milczał, administrator pewnego forum ponoć biegał za mną w celu wręczenia mi prezentu urodzinowego jednak uwagi znerwicowanej Linki się nie doczekał. Królowa U. wywracała się stojąc (u niej po staremu). Aneczka radośnie terkotała.
W końcu znaleźliśmy zapewne już ostatni wolny stolicowy stolik, w ostatniej z możliwych knajp. Zamówiliśmy jedzenie, jednogłośnie zakwalifikowane jako niedobre (ryba U. miała ponoć oczy) i gadaliśmy.

Primy mieszały się z literaturą, offtopy z forum Jarka z doktoratem U.
Czas upływał miło. Wtedy, J2. uraczyła nas informacja, która zmieniła ten wieczór.
"Tu podają Margaritę w pucharkach wielkości wiadra, a kosztuje jakieś 20zł."
Porównanie do wiadra nie okazało się przesadzonym.
Wraz ze znikaniem zawartości wiaderek kończyła się oficjalna część spotkania.
Aneczka z U. kłóciły się o przyzwoitość jakiejś osiemnastolatki, P. opowiadała historię o znajomym jej mordercy, zarażającym trupim jadem, Linka usiłowała namówić Admina na likwidację pewnego konta. J2. streszczała historię swojej miłości rozpoczętej w sieci, R. popijając sok jabłkowy obserwował, G. zasypiała błagając "skończcie gadać o necie!".
Nawet nie zauważaliśmy w którym momencie w lokalu poza nami została już tylko obsługa. Nie poddaliśmy się. Spożyliśmy kolejne wiadra ich reprezentacyjnego napoju i czekaliśmy aż kulturalnie nas wyrzucą.
Stało się.
Pojechaliśmy więc do sklepu, który działa zawsze.. kupiliśmy co nieco.. dotarliśmy do ursusa/su, wpakowaliśmy się do mieszkania...graliśmy w mafię, piliśmy, gadaliśmy, piliśmy, śpiewaliśmy, piliśmy...
Dzisiaj każdy z nas szuka moderatora tego forum w celu unieszkodliwienia.
Wziął ze sobą aparat fotograficzny. . .

W podziękowaniu za bardzo miły wieczór (noc, poranek - ostatni dotrwali do godz.13 dnia następnego, nie wskazując palcem na królową), za to, że wam się chciało pojawić, przyjechać, nawet i pięć godzin w pociągu spędzić, coś prawie, że meksykańskiego.. :)

piątek, 14 listopada 2008

Kiedy wymyślą teleport ?

Muszę się udać dzisiaj do StoLycy.
Czeka tam na mnie G., K., J2. i jeszcze U.z paroma osobami ma dojechać.
Miałam podróż odbyć czterokołowcem z P. ale P. zdanie zmieniła, jedzie jutro, a mi pozostał, wielki, powolny, brudny i zapewne groźny pociąg.
Nie jadę grać tylko odpoczywać w cieniu Syrenki więc nikt mi tyłka nie zawiezie.
Najpierw godzinka w autobusie, a później w Uziowej metropolii przesiadka do wielkiego brudasa.
Oglądaliście"Dzień świra" Koterskiego?
Tam jest taka scena w pociągu. Oni to chyba nakręci na podstawie PKP przygód Linki.
Zawsze koło mnie usiądzie jakiś pan który parę godzin temu się zesikał w majtki, matka z nieustannie wyjącym dzieckiem, i dwie stare terkoczące baby.
Zastanawiam się co mnie dzisiaj czeka.
Napisze wam jak wrócę.
A może tym razem będzie inaczej?
Obok mnie usiądzie gitarzysta z Aerosmith, Joe Perry, trzymając w dłoniach błyszczącego Fendera, uśmiechnie się w ten swój sposób, odgarnie włosy z czoła...
Cholera on już jest w takim wieku, że niedotrzymywanie moczu nie jest wykluczone.
Trzymajcie kciuki..

Ps: blog rzeczą zbawienną, P. jak przeczytała wpis zmieniła zdanie zabiera mnie ze sobą buahahahaha. Wpis nieaktualny.


środa, 12 listopada 2008

"Więc dlaczego, dlaczego jestem sam..."

Każde z nas to sprzedajna świnia.
Bez obrazy:)

Pewien zespół gra sobie koncert, na bankiecie z okazji pierwszej kupki pierwszego wnuka bardzo bogatych ludzi.
Zespół gra oczywiście swój materiał. Zamawiający (70lat) uradowany słucha, kilku jego kolegów załapało bakcyla, też dobrze się bawią, reszta popijając kolejnego Jasia Wędrowniczka myśli : ja pier... mogli by coś Feel'a zagrać, potańczyłbym.
Oczywiście wszyscy uśmiechają się radośnie, usiłują klaskać "na dwa" co w Polsce zawsze pozostanie umiejętnością dla wybranych. Przecież SAM ON to uwielbia.
Zespół gra odliczając minuty do końca tego szaleństwa.
We wspólnych, zespołowych oczach widać tęsknotę do brudnego klubu muzycznego, pełnego podchmielonych, wykrzykujących słowa refrenu słuchaczy.
W pewnym momencie perkusista(perkusista - najlepszy przyjaciel muzyka, według wiklinpedii, przyp. redaktor) wpada na pomysł,
zagrajmy im "Hit the road jack", zobaczycie co się stanie.
Utwór niczego sobie, ekstra ale nie autorstwa zespołu i zespół go akurat grać nie chce. Cóż, kolega resztę do eksperymentu namówił, nabił i nieszczęsna wokalistka nim się obejrzała śpiewała Hit the roud Jack dont you..la la la.
Johny Walker porzucony, tłum wiruje na parkiecie. Na twarzy pewnej pani rysuje się myśl "cóż mogłoby być coś Maryli ale to już też pare razy słyszałam".
Jak w Rejsie już nam objaśniono, dobre piosenki to takie, które już się kiedyś słyszało.
Basista przeklina pod nosem, że TO NIE JEST WESELE DO CHU..!
Cóż, zabawa kwitnie w najlepsze, zespół dobrnął ostatnimi siłami do końca koncertu.
Techniczny pakuje sprzęt, manager liczy pieniążki, chórzystki przebierają się w mniej sceniczne ciuchy i w tym momencie podchodzi SAM ON.

- zagrajcie jeszcze jednego seta, dopłacę.
-ile?
-...

W życiu nie widziałam tak szybko zmieniającego się nastawienia do pracy.
Dziewczęta w trybie natychmiastowym zmieniają ciuszki, buty na obcasie już im nie przeszkadzają, chłopcy pobili rekord w szybkości wyciągania gitar z futerałów, wokalistka, narzekająca na chrypkę doznała cudownego ozdrowienia. Klawiszowiec zauważył, że Ci co siedzieli tam z tyłu potrafią klaskać na dwa, tylko oni za filarem, to nie widzieliście.
A perkusista zapytał, "znacie coś Feela?"



Panie Maleńczuk, mimo naszej wzajemnej antypatii, pozwoli pan, że pana zacytuję...

poniedziałek, 10 listopada 2008

Hilfe!

Jak się ma 25 lat to się jest po 20-tce czy przed 30-stką???????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????


załamana Linka.

:)

sobota, 8 listopada 2008

Cool Singiel

Spotkanie klasowe. Dziwna sprawa. Mało znam swoją klasę, szczególnie tą, o której piszę. Liceum robiłam w sposób lekko eksternistyczny, jestem szczęśliwą posiadaczką rekordu szkoły w ilości godzin nieusprawiedliwionych ( swoją drogą ciekawe czy go ktoś już pobił...). Szkoły nigdy nie lubiłam, szczególnie tej średniej.
Chodziłam do damskiej klasy, 32 baby. Uwierzycie? Przy czym zawsze lepiej dogadywałam się z płcią przeciwną. W dodatku działo się to w mieście, które cieszy się mianem "osady kurw i złodziei". Straszne czasy. Nosiłam glany, walczyłam z babińcem, a po nocach śniła mi się nieszczęsna chemia w rudych włosach nauczycielki. Dramat.
Z tym, że ja dzisiaj nie o tym..
Dostałam od bazy danych osobowych czyli portalu Nasza Klasa, następującą wiadomość
- Hej, tu XX z klasy, zapraszamy na imprezę absolwentów.. bla bla bla,
. Imprezka zapowiada się na całą noc, więc dziewczyny uprzedźcie mamy, teściowe lub mężów, że będą się zajmować dzieciakami:))).

Jak mawiają nasi amerykańscy przyjaciele.
WHAT THE FUCK?!
Nie mam dzieci AAAA męża nawet nie mam. Boję się teraz tam iść, nawet daty ślubu nie mam ustalonej! Nie umiem grysiku gotować, gdyby nie syn mojego gitarzysty myślałabym, że niemowlaki jedzą schabowe! Mam 24 lata (jeszcze tylko przez 2 dni).
Czy ja jestem stara panna? Czy każda 24-latka powinna mieć dziecko? Męża?
Pieluchy z tesco w każdym calu mieszkania? Oparcie w dojrzałym mężczyźnie (co ciekawe jeśli ma to być rówieśnik)?
Płaczę sobie tak i płaczę, a z pomocą przyszła mi G. Przeprowadziła się do Stolycy więc jest klawa.
" Nie Linko, nie jesteśmy starymi pannami, jesteśmy singlami !"
Różnica znaczącą. Spokój ogarnął moją duszę, jestem cool singiel.
Mogę mentalnie przygotowywać się na nadejście życiowego ćwierćwiecza.

Z pozdrowieniami dla innych starych panien vel cool singli:

piątek, 7 listopada 2008

Absurdalna podróż

Zawsze najbardziej w świecie śmieszyły mnie wszelkiego rodzaju absurdy.
Stąd pewnie moja niezmierzona i nigdy niekończąca się miłość do grupy Monty Pythona.
Z latającym cyrkiem na czele.
Od dawna zastanawiam się dlaczego to niektórych zupełnie nie bawi.
Ktoś kiedyś powiedział, że Pythoni to "kabaret" dla inteligencji.
Kompletna bzdura. Znam wielu jełopów zachwycających się "Martwą Papugą" i kilku prawie, że intelektualistów (jak P.:P), którzy przy moim ulubionych, "alpinistycznym" skeczu nie wydają z siebie ani jednego Ha.
Wymyśliłam więc teorię, że śmieszność Pythonów zależna jest od wyczucia absurdu widza (P. jest wyjątkiem potwierdzającym regułę {niech tylko zobaczę w komentach opinię, że to nie ja wymyśliłam!}).
Oczywiście, oglądając trzeba pamiętać, że ich figle wymagają odrobinę większego skupienia niż gdy przed oczyma stoi Ani Mru Mru. Ahh i nie polecam ich twórczości osobom nie potrafiącym się zdystansować do kościoła katolickiego, Świety Graal i Żywot Brayan'a będą nie do przejścia.

Drugą moją absurdalną pasją jest polski twór o nazwie Mumio.
Tak, tak, tak, Ci z reklam Plusa. Na szczęście zabawa telefonami nie jest jedynym ich
twórczym osiągnięciem. Mumio to rodzinna grupa artystyczna, performance? Teatr? Celowo nie chcę używać słowa kabaret, nie współgra z nimi dostatecznie.
Sami artyści (tak Ksymenko, użyłam tego słowa:)nie lubią być w ten sposób klasyfikowani.
Ostatnio zapoznałam U.
z "Wykładem o chodzeniu z dziewczyną", śmiała się ale nie histeryczne. W związku z tym mojego kochanego "Mariusza Wełne" już sobie podarowałam. Mumio ma na mnie zbawienny wpływ - musiałam udać się do teatru.
Zagrali wspaniale ale poza częścią "programową", byłam świadkiem ich godzinnej improwizacji. Pierwszy raz w życiu widziałam tak genialnie improwizującą grupę teatralno-kabaretową. Było to NIESAMOWITE !

Trzeci punk mojej życiowej absurdalnej podróży to Sławomir Mrożek.
Legenda polskiego teatru absurdu. Gdy pierwszy raz przeczytałam jego "Emigrantów",
stało się coś naprawdę dziwnego. Pod koniec sztuki, w przeciągu 7 minut zdążyłam sie rozpłakać ze śmiechu i ze smutku. Szok.
Szkoda, że biednym licealistom wmuszane jest akurat inne Mrożka dziełko, "Tango".
Moim zdaniem jedna ze słabszych sztuk autora, zbyt jaskrawa, przerysowana.
Jako, że Mrożkiem fascynowałam się gdy chciało mi się jeszcze w jakikolwiek sposób rozwijać intelektualnie, czyli w znienawidzonym przeze nie L.O.(teraz już nawet tego stanu nie pamiętam), zapytałam o zdanie w sprawie "Tanga" panią polonistkę.
Co dziwne, zgodziła się ze mną.

Na koniec pierwszy na blogu dowcip.


Poszedł mały Jasio do cyrku i tak sie złożyło, że musiał usiąść w
pierwszym rzędzie. Rozpoczął sie występ i na arenę wychodzi Klaun
Szyderca. Podchodzi do Jasia i pyta:
- Jak masz na imię?
- Jasiu.
- A więc Jasiu, czy ty jesteś głowa krowy?
- Nie.
- A czy ty jesteś tułowiem krowy?
- Nie.
- A wiec Jasiu, ty jesteś dupa wołowa HAHAHA! (zaśmiał się szyderczo
Klaun Szyderca).
Smutny Jasio wrócił do domu, opowiedział wszystko tacie, na co ten mu mówi:
- Jasiu, jutro też pójdziesz do cyrku.
- Ale jak to? Do cyrku? A Klaun Szyderca? Znowu będzie się śmiał.
- Nie martw się Jasiu, tym razem pójdzie z tobą Wujek Staszek Mistrz
Ciętej Riposty.
No i tak sie stało. Następnego dnia poszli Jaś i Wujek Staszek Mistrz
Ciętej Riposty do cyrku, usiedli w pierwszym rzędzie i czekają na występ
Klauna Szydercy. Wychodzi wiec Klaun Szyderca na arenę i zaczyna swój
znany występ.
Podchodzi do Jasia, pyta:
- Jasiu, czy ty jesteś głowa krowy?
Na co Wujek Staszek Mistrz Ciętej Riposty:
- Spierdalaj chuju !

Czy ta piosenka jest wesoła ?:)

czwartek, 6 listopada 2008

Śląskie Love Story

Z2. spotkał kobietę swojego życia.
Miła, ładna, wesoła, inteligentna.
Z2. zachwycony znaleziskiem postanowił złapać wymarzoną księżniczkę w swoje sidła aż po grób.
OŚWIADCZĘ SIĘ!
Myślał długo Z2. jakiej formy użyć.
Jak to zrobić by księżniczka aż po grób tą formę pamiętała.
Może w Afryce, na wakacjach. Nie.. tam mamy na celu się jeszcze lepiej poznać, może jakieś małe show. Nie, nie jestem Wiśniewskim. O, nasza rocznica!
Kolacja, kino, spacer, oświadczyny w ładnym miejscu.
Problem nr.1, Z.2 tego dnia nie zdążył odebrać samochodu, był skazany na komunikację miejską.
Problem nr.2 miejsce akcji - piękny, polski Śląsk.
Autobus Z2. co należy w Polandii do super rzadkości, się spóźnił. Z2. nie zdążył kupić wybrance kwiatów, w dodatku zmusił ją do odebrania swojego tyłka z pks-u.
Czasu mało, kino za dwie godziny. Trzeba znaleźć odpowiednio wykwintną restaurację.
Nerwowo obeszli pół miasta, w uszach dudniło im " nie ma miejsc", "zaraz zamykamy".
Bar mleczny zapraszał z wielką serdecznością ale Z2. jakoś nigdy nie marzył o krowich oświadczynach. Trafili w końcu do jakiegoś godnego miejsca, spoczęli, kelner podał pięknie wykonaną kartę menu. Obserwując ceny wybrali co najwykwintniejsze. Odpowiednie na taką okazję.
Księżniczka szepnęła więc do kelnera romantycznym głosem, "Łososia z grilla z sosem bearnaise poproszę", Z2. równie filmowo dodał "Tournedos alla Rossini z foie gras dla mnie". Kelner uśmiechnął się słodko i powiedział, "nie ma !".
Para już mniej wzniośle usiłowała wybrać z karty coś równie oświadczynowego, niestety, nie ma, okazało się ulubionym zwrotem obsługującego.
Stanęło na placku po węgiersku, barszczu i frytkach więc Romeo wziął Julie pod pachę i udali się do kina.
Multi kina...
Spoczęli na plastikowych siedzeniach, w jednej ręce kukurydza, w drugiej cola.
Opowiadając mi tą historie postanowili przemilczeć ich własną recenzję obejrzanego "musicalu romantycznego". Film na, który się wybrali na szczęście długi nie był.
Wyszli. Byli głodni i nie do końca radośni. Z2.przemierzając śląskie ulice wciąż rozglądał się za odpowiednio romantycznym miejscem. Pierwszy park, dresy, drugi park, zjazd emerytów, trzeci park, śmierdzi amoniakiem. W końcu, ładny park, spokój, zero ludzi...uff, odetchnął. Stanął twarzą w twarz z wybranką, namierzył palcem pierścionek w kieszeni, już ma klękać...ale , ale, tu jest urząd miasta.
Księżniczka do końca życia będzie mówiła, Z2. oświadczył mi się pod urzędem miasta.
Jak to brzmi, "mój tata oświadczył się mamie w Paryżu, a mój w sercu Bieszczad, a Twój Janek? Pod urzędem miasta...". Puścił więc dłonie ukochanej i poszli dalej. Nadjechał autobus, okazało się, że ostatni, cóż, trzeba było wsiąść.
Telefonicznie zamówili pizze. Jadąc Z2. myślał, "fuck fuck fuck czemu nie wziąłem samochodu", księżniczka znów myślała "fuck fuck fuck, a czułam, że chce mi się oświadczyć".
Dojechali, pizza dotarła, zjedli, księżniczka położyła się do łóżka, Z2. poszedł się kąpać. Wśród szumu wody, nagły impuls.
Ja pier... czy mnie poje..? Wyszedł spod prysznica, wyciągnął pierścionek, padł na kolana przed śpiącą w łóżku ukochaną. I zapytał najzwyklej w świecie, czy nie zechciałaby ona przypadkiem jego żoną zostać. Przebudzona księżniczka, zalała twarz odpowiednią do sytuacji ilością łez, oświadczyny przyjęła.
Nad pudełkiem po pizzy, w piżamie, pozwoliła półnagiemu Z2. założyć sobie zaręczynowy pierścionek.
Myślę, że ta scenka będzie dla nich wspaniałą pamiatką, kto powiedział, że świetle afrykąńskiego słońca byłoby romantyczniej?

Happy End.

ps: gratki dla Was kochani :*