piątek, 22 stycznia 2010

Poschizofreniczne Pitu Pitu.

"Dlaczego nie piszesz niczego na tym swoim blogu, tym normalnym?"(a inne są pieprznięte??) - zapytała wczoraj U.
"Bo nie mam nic do powiedzenia" - odparłam.
No ok, ale w sumie to co z tego, cóż to za nowina , że nie mam nic do powiedzenia.
Tym sposobem odnalazłam zakurzone W dziwnym momencie życia...

Zrobiłam sobie test na depresję. Nie mam bladego pojęcia po co. Ale, ale, ale!
Okazało się, że powinnam być leczona.
"UWAGA!
Wynik to : 21 punktów.
Jesteś w depresji. Twój stan wymaga spotkania się z psychiatrą. Wskazane jest rozpoczęcie farmakoterapii."

Czerwony alarm ! Pan w fartuszku czeka.
No ok., gdybym chodziła do jakichkolwiek lekarzy może i tym razem bym się wybrała, jednak jeśli od 3 lat chodzę z pozłamaniowymi śrubami w nodze, to raczej internetowy test nie zmusi mnie do doktorskiej randki.
Tak czy siak zastanawia mnie coś. Ponad miesiąc temu A. dała mi link do tej samej stronki mówiąc, zrób se testa też. Se zrobiłam i byłam normalna , a teraz już nie jestem.
Nic w moim życiu się nie zmieniło, nadal mam kretyński zawód raz przynoszący niezłe dochody innym razem biedronkowe. Nadal mam tych samych znajomych,przyjaciół, ba, nawet tego samego włocha w zakładce "partner" na FaceBooku..
Mam więc pytanie do was, LICZNI MOI CZYTELNICY (no a jak, niech sobie liczniki pokazują, że właściwie to was nie ma, ja wiem swoje, internet i telewizor kłamią), czy można dostać depresji z NICZEGO? Bez powodu? Se od tak dostać depresji?

Zrobiłam outo-psycho-para-tralala-analize:

"* Depresja epizodyczna (epizody depresyjne (F32)) – trwa krócej niż dwa lata i charakteryzuje się wyraźnym początkiem;"

- well, niby mogłoby to być to. Raczej dłużej niż dwa lata moja depresja nie trwa, ale z tym wyraźnym początkiem... gdyby nie test jakiegoś Becka to w ogóle by się nie zaczęła. Chyba odpada.

"* Zaburzenia depresyjne nawracające (F33) – powtarzające się epizody depresji bez objawów wzmożonego nastroju i zwiększonej energii w przeszłości (zob. mania);"

Skoro się nie zaczęła jak, do cholery, może się powtarzać. Jeszcze bardziej nie moja ta depresja.

"* Depresja przewlekła (dystymia (F34.1)) – trwa co najmniej dwa lata, a remisja nie trwa dłużej niż dwa miesiące "

Gdyby to była ta, byłoby niedobrze. Skoro test zrobiłam wczoraj, to będę chorowała jeszcze 2 lata (minimum), potem krótka przerwa, znów muszę zrobić test Becka i kolejne dwa lata smutku. Jak nic Włoch mnie zostawi.

* Depresja poschizofreniczna (F20.4) – przejawia się w epizodzie depresyjnym po psychozie schizofrenicznej. Objawy schizofreniczne, występują, lecz nie dominują już w obrazie klinicznym.

Ha, na pierwszy rzut oka nić nie rozumiemy. Pozwólcie, że wyjaśnię.
Epizod depresyjny, okej, krótko trwa, jakoś dziwnie, niewidzialnie, to pasuje.Psychoza schizofreniczna "Włoch: i just said don t be soo obsessed about me" , patrząc na słowa Włocha (schizofrenia, obsesja jeden bół). Też może być.
Objawy schizofreniczne, występują, lecz nie dominują już w obrazie klinicznym, no tak, obsesja występuje ale nie dominuje. Nie dominuje do tego stopnia, że jej nie zauważamy!

Linka choruje na depresję poschizofreniczną!



ps. teraz się wyda kto nadużywa telewizorni :)




.

wtorek, 23 czerwca 2009

Once

Wzruszył mnie romantyczny film.
Świat się kończy.
Banalny, kręcony amatorskimi sposobami. Z piękna, (prostą ! w sumie widział ktoś krzywą ?) muzyką. Mój Wspaniały uparcie twierdzi, że puściła mi się z oczodołu łza (kłamca).
Tak mnie film pochłonął, że aż przypomniałam sobie o tym oto blogu :)
Obejrzyjcie koniecznie.

ONCE, reż. Carney John

Dziękuję B. za rozkaz obejrzenia :)

środa, 15 kwietnia 2009

Ścigani

Z tak durną prośbą jeszcze nie wyskoczyłam...

Jednak, gdyby ktoś z Was, w piątkowy wieczór nie miał dostępu do internetu. Gdyby alkohol w okolicznych spożywczakach się skończył, padało, śnieżyło. Cidirom nie chciałby odtworzyć płyty z kinową nowością marki Neostrada pl.,i już zupełnie nie wiedziałbyś czym się zająć... Włącz telewizor ( sama nie wierze w to co pisze).
Jeśli jeszcze pamiętasz jak obsługuje się pilota, spróbuj wycelować w TVP2 (na pilocie prawdopodobnie mieści się pod dwójką). Sprawdź zegar, powinien wskazywać 22.35 (uwaga niedawno przestawialiśmy czas, być może jesteś o godzinę bardziej w przeszłości).
Ustaw dźwięk, kolor, popraw antenę jeśli trzeba. Odkurz ekran. Usiądź sobie wygodnie i obejrzyj totalnie szitowy program pod tytułem Hit Generator. Wysłuchaj jaki muzyczny chłam promowany jest w naszym kraju. Nie poddawaj się, wytrzymaj. Pokaż, że masz silną wolę, nie wyłączaj! Aż zagrają Ścigani...
Jeśli rockowy materiał czterech przystojniaków Wam się spodoba, koniecznie zagłosujcie używając do tego telefonu komórkowego i wydając na bzdury ciężko zarobione pieniądze.
Wesprzyj kawałek dobrej, a przede wszystkim prawdziwej muzyki. W zeszłym tygodniu, Ścigani wygrali z tak znanymi wyjadaczami jak Banda i Wanda, czy tam Wanda i Banda ( ta od Julii na balkonie..chyba)i Golden Life (dobra, dobra, dooobra). To pierwszy debiutant w historii programu, któremu udało się wygryźć jakiegoś masona polskiego shoł biznesu.

Sumując, proszę w imieniu bliskiego mi faceta o Wasze głosy, bo sobie wymyśliliśmy, że fajnie by było, gdyby był sławny, miał dużo hajsu i leciały na niego panienki hehe.

"Niby Razem" to tytuł pierwszego singla Ściganych, można posłuchać go tutaj.
Hit Generator , trzeba wejść w zakładkę hity.

(uwaga, trzeba troszkę poczekać, wolno się wczytuje)

Jeśli piosenka się spodoba, nie żałuj 3 zł na sms-a, albo poproś S. żeby wymyślił jakiś skrypt, który pozwoli Ci głosować za darmo.

Dziękuję za uwagę, mówiła Linka, bardzo systematycznie piszcząca posty blogerka.

poniedziałek, 23 lutego 2009

Woke up this mornin'

Elementarz bluesmana

1. Większość utworów bluesowych zaczyna się od słów: "Woke up this morning..." (Obudziłem się dziś rano...)

2. "Poznałem fajną dziewczynę" - to zły początek dla kawałka bluesowego, chyba, że wetkniesz coś paskudnego w następnej linijce, np: "Poznałem fajną dziewczynę, z najbrzydszą twarzą w mieście".

3. Blues jest prosty. Gdy masz już pierwszy wers najlepiej go powtórz. Wtedy piosenka sama się zrymuje i otrzymasz coś w tym stylu: "Poznałem fajną dziewczynę, z najbrzydszą twarzą w mieście.
O, tak, poznałem fajną dziewczynę, z najbrzydszą twarzą w mieście. Miała zęby jak królica, kilogramów chyba ze 200".

4. Blues nie jest o wyborze. Utknąłeś w rowie to utknąłeś w rowie - i nie ma drogi wyjścia.

5. Samochody bluesmenów: Chevy, Ford, Cadillac i uszkodzone ciężarówki. Bluesmeni nie podróżują Volvo, BMW czy sportowymi samochodami. Najczęściej bluesman podróżuje autobusami albo pociągami jadącymi na południe. Bluesman NIGDY nie podróżuje pociągiem jadącym na północ. Odrzutowce czy łodzie motorowe nawet nie wchodzą w rachubę. Wędrówka stanowi ważną część bluesowego stylu życia. Jak również wstawki o śmierci.

6. Nastolatki nie mogą śpiewać bluesa. Nie pasują wtedy wstawki o śmierci, są za młodzi by umrzeć. Dorośli śpiewają bluesa. W bluesie, "dorosłość" znaczy być wystarczająco starym, by dostać krzesło
elektryczne, jeśli zastrzelisz człowieka w Memphis.

7. Bluesa można śpiewać w Nowym Jorku. Hawaje czy jakiekolwiek miejsce w Kanadzie odpadają.
Chicago, St. Louis i Kansas City to nadal najlepsze miejsca na bluesa. Nie możesz śpiewać bluesa tam, gdzie nie pada.

8. Facet w średnim wieku z łysiną czy zakolami nie może być bluesmanem - kobieta z łysiną może.
To, że złamałeś nogę podczas jazdy na nartach nie nadaje się na temat piosenki bluesowej. Złamanie nogi na skutek ataku aligatora pasuje jak najbardziej.

9. Bluesa nie zaśpiewasz w biurze albo w centrum handlowym. Oświetlenie jest niewłaściwe. Wyjdź na zewnątrz i usiądź na parkingu albo przy wysypisku śmieci.

10. Kojarzą się z bluesem:
a. autostrada
b. więzienie
c. puste łóżko
d. dno butelki whisky

Nic wspólnego z bluesem nie mają:
a. Christian Dior
b. otwarcie galerii
c. szkolna liga baseballa
d. pole golfowe

11. Nikt nie uwierzy, że jesteś bluesmanem jeśli nosisz garnitur, no chyba że jest dość stary i spałeś w nim przez ostatnich 6 miesięcy.

12. Czy możesz śpiewać bluesa?
Tak, jeśli:
a. jesteś starszy niż twój brud
b. jesteś ślepy
c. zastrzeliłeś człowieka w Memphis
d. żyjesz z dnia na dzień

Nie, jeśli:
a. masz wszystkie zęby
b. byłeś ślepy ale teraz już widzisz
c. człowiek z Memphis przeżył
d. wykupiłeś fundusz powierniczy

13. Blues nie jest kwestią koloru skóry. To sprawa pecha.
Brzydcy biali ludzie doskonale odnaleźli się w bluesie.

14. Jesteś spragniony i prosisz o wodę - to jest blues.
Inne akceptowane napoje: tanie wino, whisky albo burbon, mętna woda i paskudna czarna kawa.

Absolutnie nie pasują:
a. Perrier
b. Chardonnay
c. Snapple
d. Slim Fast

15. Gdy śmierć zdarza się w tanim motelu albo od strzału z dubeltówki, to jest to smierć bluesowa. Odpowiedni jest też cios nożem w plecy od zazdrosnego kochanka, śmierć na krześle elektrycznym, zapicie się na śmierć. Natomiast gdy umrzesz podczas meczu albo w czasie odsysania tkanki tłuszczowej, to nie jest śmierć bluesowa.

16. Bluesowe pseudonimy dla kobiet:
a. Sadie
b. Big Mama
c. Bessie
d. Fat River Dumpling

17. Bluesowe pseudonimy dla mężczyzn:
a. Joe
b. Willie
c. Little Willie
d. Big Willie
e. Whiskey River Rod

18. Osoby o imionach: Michelle, Amber, Debbie i Heather nie mogą śpiewać bluesa, bez względu na to, jak wielu ludzi zastrzeliły w Memphis.

19. Poradnik, jak utworzyć fajny bluesowy pseudonim:
a. nazwa fizycznej słabości (Blind, Cripple, Lame, itp.)
b. plus nazwa owoca (Lemon, Lime, Kiwi, etc.)
c. plus nazwisko prezydenta (Jefferson, Johnson, Fillmore, itp.)

Na przykład : Blind Lime Jefferson, Pegleg Lemon Johnson or Cripple Kiwi Fillmore, etc. (no, może Kiwi niespecjalnie pasuje...)

20. Nieważne, jak bardzo tragiczne było twoje życie: jeśli posiadasz przynajmniej jeden komputer, nie możesz śpiewać bluesa.

Autor nieznany.

Wyjątek potwierdzający regułę:)

poniedziałek, 16 lutego 2009

Pomyślę o tym jutro.

Moje lenistwo mnie przerasta. Jestem jak jakaś, marna podróbka Scarlet z "Przeminęło z wiatrem". Gdy męczy mnie niechciany obowiązek, zaległa sprawa, czy inny wyrzut sumienia, w mojej głowie, z prędkością światła, układają się słowa - POMYŚLĘ O TYM JUTRO.
I tak od paru lat idę załatwić sprawę praktyk do pani od muzyki ze Szkoły Podstawowej nr.1 ( 4 lata temu powiedziałam jej, że wpadnę w przyszłym tygodniu). Tak wielce powracam na kurs prawo jazdy ( rok temu powiedziałam panu z kitką - "nie dam rady przyjść dzisiaj na test wewnętrzny, umówimy się w przyszłym tygodniu"). Tak samo idę na przegląd, kiedyś połamanej nogi, tak pisze własne pseudoartystyczne CV, tak oddzwaniam do pana, który zaprosił mnie na kurs managerski (pozdrawiam, jutro zadzwonię na pewno), tak organizuję koncert dla Pilsnera...
Tak pisze posta na swojego bloga.
Idz Ty Linka w diabły.


czwartek, 22 stycznia 2009

Zmieniam obywatelstwo.

Mam kolegę, internetowego kolegę, kolegę bez ciała. Wypikselowanego.
On mieszka sobie w Słowenii, takie większe miasteczko zwane Państwem. Jak twierdzi kolega bez ciała - w środku Europy. U. mawia, że całe to państwo można przejechać na rezerwie benzyny w baku. Nie byłam tam, to nie ja mam męża freaka, co zamiast do Tunezji, ciągnę na wakacje do ruskich i do tych co są niedaleko ruskich. Tata mi o ruskich opowiadał i się ich boję. Piją jeszcze więcej wódy niż studenci A.S.P. i noszą futrzane czapki (nie te z zeszłorocznej kolekcji Crop-a).
Ale ja nie o tym.
Kraj mieści dwa miliony obywateli, średnia pensja 90% wyższa od naszej, polskiej.
Cena Redbulla - taka sama. Cena paczki Marlboro - taka sama. Cen jajek, mleka i chleba porównać nie potrafiliśmy ponieważ ani kolega bez ciała, ani ja, cen takich produktów nie znamy. Wszystko tam mają lepsze. Uzi mówiła, że ludzi mają tak ładnych, że każda sprzedawczyni ze słoweńskiej Biedronki mogłaby zająć miejsce Angeliny Jolie. Cieplej tam jest, klimat lepszy. Mniej ludzi - mniej idiotów. Italia za płotem.
Pomyślałam.. Może ja sobie męża obcokrajowca powinnam znaleźć? Takiego słoweńskiego, co by do mnie codziennie rano mówił "Jaz ljubim Ti, Linka".
Na zewnątrz nie padałby oszalały śnieg, temperatura nie spadałby poniżej możliwości termometru. Pani podająca pieczywo w Biedronce nie miałaby wąsów. Dzięki wyższej pensji pilibyśmy sobie z mężem dwa razy więcej Redbulli i palili po dwie paczki Malborasów dziennie, zamiast po jednej na głowę. Wysyłałabym Wam pocztówki ze słoweńskimi krajobrazami, czasami zadzwoniła i udawała, że nie pamiętam już niektórych polskich słów ( co nasi rodacy przebywający w USA robią notorycznie), wyładniałabym wpasowując się w otoczenie.
Borut, jutro kupuję bilet do Słowenii!


Darilo za moj kolegica brez telo...

wtorek, 13 stycznia 2009

Taka sobie myśl

W pracy jestem otoczona dwoma, przeciwnymi biegunami.
Jeden biegun określony jest literą Ł., drugi E. Tak sobie rodzice biegunów wymyślili.
Pierwszy jak wiatr, biegnie do przodu, nie zastanawiając się co go spotka.
Funkcjonuje tak, jak podpowiadają mu emocje. Nie zawsze odpowiedzialnie.
Spóźniony, pędzi przed siebie z prędkością 170 km/h. Wyprzedzając inne samochody, wyprzedzając ptaki, wyprzedzając E.
E. to trzy razy R. czyli, równowaga, rozsądek, realizm.
Nie pcha się, myśli, pozwala się wyprzedzać. Tak rozsądnie i bez emocji. Przewiduje. Rzadko coś go zaskoczy.
Często z nimi wyjeżdżam. Zawsze wtedy zastanawiam się do, którego samochodu powinnam wsiąść. Nie wiem, który biegun postępuje dobrze.
To zabawne, że do wyjazdu w trasę można porównać całe nasze życie.


Oleńka:)

środa, 7 stycznia 2009

News nr.1 !

Opadłam z jakiejkolwiek weny pisaczo-twórczej.
Tak mnie cieszył ten blog, wasze komentarze, reakcje na moje, pseudointelektualne wypociny.
Stało się coś okropnego. Coś co nawet najoptymistyczniejszego blogera może załamać.
Połączyły mi się odpowiednie styki w głowie i zaskoczyła genialna myśl.
MNIE NIKT NIE CZYTA !
Nikogo to nie obchodzi czy lubię Milesa Davisa, czy śmieję się z bash-a czy też z twórczości Mumio.
Świat ma głęboko w dupie co sądzę o teorii spiskowej, czy o tekstach Osieckiej.
Nikogo też nie interesują fajnie śpiewające dzieci :)
Ostatnio pojawił się nowy blog. Blog o skandalikach i skandalach. Plotki, ploteczki.
Taki powiedzmy Pudelek. Z tym, że, żeby było zabawniej, nie opisuje on biustu Dody czy przerwy między zębami posła Kurskiego, a... "życie" avatarów z internetowej gry komputerowej.
Blog obrabia pikselowych ludzików. Niech sobie jest, na zdrowie mu. Nie o to chodzi.
Ale, ALE dlaczego włażą na niego setki osób dziennie??? Czytają kto z kim co, gdzie i jak, po co, i najważniejsze, za co.
Dlaczego każdego z nas bardziej interesuje z kim spał Davis od tego jakie solo zagrał w All Bluesie? Dlaczego każdy wie, że Hendrix się zaćpał, a gdy żył to na rauszu demolował gitary, a nikt nie wie, że do teraz w muzyce używany jest, tak zwany "akord hendrixowski"? Dlaczego wiemy, że Demarczyk się nie myła, a "Karuzel z Madonnami" już nikt nie pamięta (ostatni hit mojego taty:)). U. przytoczyła na ten temat prusowską teorię, a moim zdaniem to dlatego, że po prostu nie lubimy gdy coś, komuś nazbyt się udaje. On jest sławny - to się mu udało. Trzeba powiedzieć jaki on jest i jakie to niesprawiedliwe, że to on ma kasę, władze i sex, a nie ja! Sławny, a się nie mył i demolował gitary! Taki banalny mechanizm. Chyba trzeba coś zmienić, skończmy konsumować świnie, raczej zacznijmy się z nimi przyjaźnić.
Suma sumarum ja, jako Linka uwielbiająca być w centrum uwagi. Odkryłam, że w blogowym centrum uwagi nie jestem. Co mnie, rzecz jasna, niezmiernie zasmuciło.
Zastanawiam się dniami i nocami jak podsycić tanimi emocjami linkowy pamiętnik. Pomysł podsunął mi niejaki T.
Pod każdym postem będę zamieszczała link do RedTub'a ( portal pornograficzny, tłumaczę kobietom)i mówiła, że w filmiku gra ktoś ze znajomych.
Oto pierwszy link, z czarnymi informacjami. Jedna z tych kipiących seksem kobiet z lewej strony to A2, czyli Agnieszka A. !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!


(wierzę, że tym linkiem osiągnę blogowy szczyt popularności)

czwartek, 1 stycznia 2009

Pijacki post nr.1

Jest godzina 7 Pi eM.
Wróciłam parę minut temu.
Myślałam o Was o północy, co robicie, gdzie jesteście, jak się tam czujecie.
Kto z Was traci przytomność z nadmiaru alkoholu, kto siedzi tak blisko cioci, że zastanawia się, którym sierpowym, cichaczem, uraczyć się procentami, kto jest wśród przyjaciół, kto pobija własne rekordy, kto marzy o szybkim finale kalekiej imprezy.
Kto bawi się w przypadkowym miejscu, kto jest Elvisem party, kto jest sam, z tych czy innych powodów.
No i o tych, którzy z Was w sylwestrową noc pracują.
Ja od lat paru "międzyroczną" północ spędzam w pracy.
Nie jest to karą, w moim zawodzie raczej standardem.
Nie wiem kiedy jest północ, nie wiem kiedy się składa życzenia, kultowej 24 nie mam okazji zauważyć.
Generalnie musiałam się przyzwyczaić do faktu, że we wszystkie luźne dni moich "normalnych" znajomych ja pracuję, a oni przywykli już, że dzwonienie do mnie w sobotni wieczór z zaproszeniem na imprezę nie ma żadnego sensu.
Gdy skończyłam dzisiaj grać wpadł Edi i jego zespół, grali niedaleko, minuta na wspólnego drinka,życzenia.
Wspominaliśmy sylwestry, andrzejki, i inne wigilie, które spędzaliśmy kiedyś wraz z rodziną, przyjaciółmi.
Z rozrzewnieniem, z nutką tęsknoty.
Wspominaliśmy dobrze wiedząc, że w przyszłym roku zrobimy to samo. Będziemy grać.
Nie, nie dla pieniędzy, to ważne ale nie jest wszystkim
Alkohol, to nic, narkotyki (miękkie, twarde, whatever)-zero.
Muzyka jest w stanie spowodować, że, z zupełnie trzeźwym umysłem zmieniasz wymiar, zmieniasz siebie, zmieniasz rzeczywistość. Zmienisz chmury, zmienisz samoloty, drzewa, politykę, zmienisz ludzi.
"Miałem 3 razy w życiu tak,że grałem, wiesz, parę sekund, tylko parę sekund, gram solo, zaczyna się delikatnie, buduję nastrój, dźwięki, reszta mnie słucha, ja kieruję każdą cząstką utworu, czuję, że odpływam. Jestem gdzie indziej. A band jest tam ze mną. Słuchacze już wiedzą, oni czują te momenty ale kompletnie nie wiedzą co się z muzykiem dzieje w tym momencie. Nie wiedzą nawet co się dzieje z nimi. To te minuty gdy w finałowej scenie kawałka klaszczą na stojąco, mimo, że to nie "Małgośka".
Sami nie wiedzą dlaczego wstali. Nie wiedzą dlaczego klaszczą. Zaraziłaś ich swoją chorobą.To są naprawdę sekundy. Inny wymiar, inny świat.
Orgazm jest niczym. Linka, młodziutka jesteś ,pograsz, zobaczysz."
Usłyszałam to 8 lat temu.
Od tego momentu przeżyłam 4 takie momenty. Jedynie 4 w ciągu setek koncertów.
I powiem Wam, pieprzą mnie te wszystkie okazje. To tylko daty. Wierność muzyce daje coś lepszego, coś ponad to wszystko, warto zagrać 90 sztuk by na 91 spotkało Cię to Coś.
Czarni pra-bluesmani nazywali ten moment diabelskim darem.
Ale o Mojo opowiem Wam innym razem. Jeśli zechcecie posłuchać:)
BTW jak mówili pierwotni Rosjanie...

Nieważne czym się zajmujecie, w 2009 roku życzę Wam właśnie takich momentów.
Spełnienia marzeń, realizacji planów,
Odporności, konsekwencji,
pomyślności, urodzaju w kapuście. Wszystkiego czego Wam trzeba.
NIECH 2009 NADROBI ZA DEBILA pod tytułem 2008!
Ps: 3 drinki mnie upiły, jest opcja, że nim się obudzicie skasuję tego posta:)

Posłuchajcie sola pana Samborna, taki hit. Pięknie wyleciał ponad konwenanse.
Że Hej..:)

Głośno i słuchając, nie tylko słysząc...

czwartek, 25 grudnia 2008

Na całej połaci śnieg...

Narzekacie tak na te Święta i narzekacie. Że nudno, że kompa nie ma, że jakieś dzieci w domu, że nabity wujek znów to samo opowiada, że mama goni was przed wigilią do jakiś hardcorowych prac domowych, mimo, że w dzień powszedni satysfakcjonuje ją podsmażanie mrożonek. I ta nuda, nuda, nuda.
A ja Święta kocham.
Wujkowie mi nie przeszkadzają, chętnie wysłuchuję jak to wujek prezes grał na tym samym fortepianie koncertowym co Oscar Peterson mimo, że słyszałam tę opowieść pierwszy raz wcześniej niż skumałam różnice między fortepianem a pianinem.
Uwielbiam dziecięce odkrycia typu "No bo ja noc przed wigilia zmieniłam zdanie, już nie chciałam lalki w rudych włosach, chciałam konia i wielkiego psa i powiedziałam to aniołkowi, a dał mi ruda lalkę więc go nie ma!".
Lubię popełniać kulinarne przestępstwa z mamą, bawi mnie, że co roku wigilia startuje w momencie gdy my jesteśmy gdzieś w dupie przygotowań.
Po wigilii napić się jakiegoś fantazyjnego drinka z tatą, nabijając się z Krawczyka śpiewającego kolędy. Patrzyć jak kot nieustannie poluje na choinkowe bombki.
Każdą świąteczną bzdurkę ubóstwiam.
Kiedyś było inaczej, męczyły mnie święta.
Wszystko się zmieniło gdy zrozumiałam, że nigdy nie wiem, czy w następne święta mama będzie jeszcze zdrowa, czy wujek będzie żył i opowie o Petersonie, czy to wszystko nie rozpłynie się pozostawiając po sobie wielką dziurę czarnej samotności.
I tak co roku jest nas mniej. Co roku więcej wspomnień przy opłatku, co roku nostalgicznej. Uwierzcie mi droga młodzieży, za jakiś czas będziemy o tych nudnych, rodzinnych świętach myśleć ciepło, a po policzku będzie spływała sentymentalna łza.
A 24-godzinny dostęp do komputera wprawi nas tylko w dodatkowy smutek:)

Ps: i u mnie jest biało:)


wtorek, 23 grudnia 2008

No to ja też Wam złożę życzenia :)

/me zgrzana i opętana chłodnym powietrzem przybiegła do komputera i krzyknęła...

WESOŁYCH ŚWIĄT dla was wszystkich! Niech was Bóg trzyma w swojej opiece,
a tych, którzy w Niego nie wierzą, niech trzyma w opiece dobry los,
a tych którzy w przeznaczenie nie wierzą, niech prowadzą tylko ich własne, najlepsze myśli,
a tymi, którzy w nic już nie wierzą będę opiekowała się JA:p

Świąteczny buziak dla wirtualnych czytelników, przyjaciół, znajomych, przypadkowych gości, którzy w google search wpisali np. "dobry los" i wylądowali na moim blogu.
Linka.

W prezencie dla Was genialny aranż Adama Sztaby w wykonaniu, z pewnych powodu bardzo mi bliskiego zespołu (:*)....

niedziela, 21 grudnia 2008

To był on.

Znów ćpał.
Wierzył, że związek z Cicely go z tego wyciągnie.
Muzyka nie potrafiła, może kobieta. Już raz tak było, pod koniec 54 roku.
Zamknęła go na farmie ojca i się udało. Ona była wtedy przy nim, kobieta, nie muzyka.
Wiedział już, że kobiety chronią jego muzykę. Po to są.
Cicely patrzyła jak zamydlał wszystkim oczy, używał przeróżnych efektów by zatuszować spadek "techniki". Aby ukryć dręczące go, paskudne niedoskonałości.
Nie zdawał sobie sprawy, że dzieło jego życia już powstało.
Ten album, album jak niebo, jak woda. Album jednego koloru.
Kombinował od nowa, na czysto. Panował nad sobą, panował nad tym czym była jego muzyczna kwintesencja - nad brzmieniem.
Młodzi, nowi członkowie, zdolny, nieznany basista, Miller. Później pojawił sie Scofield.
Zespól wirował razem z nim. Wymieniał skład,ciągle go zmieniał.
Szukał.
Koncertował.
Klasyczne brzmienia dawno przestały go cieszyć. Nie interesowało go przetwórstwo,
powielanie, ulepszanie. Gonił nowe nurty, układał je w swojej w głowie. Chciał przeskoczyć dźwięki,zobaczyć co stoi za nimi. Co jest dalej.
Był trudny, trudny we współpracy, specyficzny.
On i te jego kolory, ta jego kiczowata elegancja.
Ile w nim było pozy, autokreacji, a ile dziwactw w, które sam wierzył.
Umarł. Prekursor wszystkich powojennych gatunków jazzu zmarł na zwykły udar mózgu.
Jego ciało nie było genialne, inne, trudne jak jego umysł.
Umarło jak ciało Kowalskiego czy Nowaka.
Ile ta śmierć zabrała następnym pokoleniom, może już nic, może zdążył powiedzieć nam wszystko co chciał, a może nie. Może w jego głowie kłębiły się pomysły, nowe idee,
których my, mimo upływu lat nie odkryliśmy. Może mógł jeszcze wszystko zmienić.
Lubił tajemnice. Pozostawił nas z tą ostatnią, najważniejszą, tajemnicą jego własnego umysłu.
Parę miesięcy temu mój znajomy wystawił swoje fotografie. Sfotografował Jazz.
Wśród setek muzyków tylko jedno zdjęcie było niepodpisane.
Największe, w centralnym punkcie pomieszczenia.
To był On.
Gdy zapytałam autora dlaczego ten portret jest taki bezimienny. Odpowiedział;
"Bezimienny? A nie wiesz kto jest na zdjęciu?"


piątek, 19 grudnia 2008

Magia liter

To ciekawe jak działają nasze mózgi.
Wiadomo, niektórym działają bardziej, innym mniej.
Jednak każdy w jakimś tam stopniu tego pofałdowanego świństwa używa.
Po pierwsze, przeraziło mnie ostatnio takie zadanko;
" Zabawa polega na wypowiadaniu nazw kolorów poszczególnych słów, a nie na czytaniu tego, co jest napisane. Spróbuj sam! Nie takie to łatwe, prawda?"

.

Dzieje się tak z powodu "konfliktu półkul". Prawa półkula naszego mózgu próbuje nazywać kolory, podczas gdy lewa upiera się przy odczytywaniu słów.

Druga literkowa jazda dla naszego mózgu to coś takiego. Tym razem jesteśmy zdolniejsi niż przypuszczamy. Przeczytajcie tekst.


Dzisiaj krótko i zwięźle bo muszę wyjechać. Jak wrócę, zamieszczę posta pod tytułem
"najczarniejsze tajemnice Sqla". Przysięgam na piwo Meg, będzie o czym pisać :)

czwartek, 18 grudnia 2008

QuePassa

Tak, dążenie do wiedzy jest dobrym rozwiązaniem. Jedynym logicznym, racjonalnym rozwiązaniem. To smutne.
Im mniej wiesz tym jesteś szcześliwszy.
Można opierać się wiedzy, ona jednak wcześniej czy później sama zaatakuje.
Nie da się jej zupełnie pozbyć.
Mimo, że przyszła niechciana, część siebie pozostawi.
A jeszcze gorsza od wiedzy jest wiedza niepełna.
Ją należy natychmiast uzupełnić. Wtedy jest już za późno, trzeba się wiedzy poddać.
Zrobić to co wiedza mówi.
Nie wiem po co te wszystkie szkoły, po co nas zmuszają do tabliczek mnożenia, ortografii, prezydentów Rosji. To wszystko nas samo znajdzie, wcześniej czy później.
Nie ma ucieczki.


Moja siostra jeszcze nie wie
że świat skazany jest na atlas.
A atlas to ogromny talerz wiecznie głodny.
To żurnal państw skrojonych. Czasami niemodnych.
Że wszystko nagle jest jasne kiedy wychodzi się z kina.
Że idee najlepiej leżą na manekinach.
Że nie ma śmierci dla przykładu.
Że śmierć jest tylko dla natury.
Że chcąc oglądać niebo trzeba zanieść je przedtem do cenzury.
Że największa wiedza jest w bibliotece przestrzeni.
Że miłość to jest miłość.
A miłość to ogród.
Że trzeba w tym ogrodzie unikać jesieni.
Że nie da się w ogrodzie uniknąć jesieni.
Że podziału komórek nikt już nie powstrzyma.
Że życie jest skończone kiedy się zaczyna.
Że Izolda jest stara. Cierpi na reumatyzm.
Że historia to taki wielki kosz na śmieci.
Służy do przepadania dat i straszenia dzieci.
Że kiedy noc nam oczy na chwilę ocienia
to budzą się w nas ptaki z krzykiem: Ziemia! Ziemia!
I wtedy odkrywamy nowy ląd: Człowieka który nam ciepłą rękę kładzie na powiekach...

Ale moja siostra już wie
że Ala ma kota.



Ewa Lipska

Tyle już lat minęło chłopaki...

środa, 17 grudnia 2008

Miłe złego początki...

Miałam na swoim blogu nie wspominać o pewnym zjawisku,
które jeszcze niedawno zapełniało sporą część mojego, wolnego czasu.
Teraz już nie zajmuje ani sekundy. Alleluja.
Second Life - budzi to cholerstwo spory.
Przez rok pogrywałam sobie w tą pseudo wirtualną rzeczywistość (wirtualna rzeczywistość - zauważacie, że te słowa się wykluczają?)poznałam dzięki temu U. i Morr.
Obie zmusiły mnie do opisania swoich pikselowych początków.
Powspominajmy więc pikselowe życie zasadą w całości zerżnięta z sreselowego bloga Morr.
UWAGA: Post zwiera treści niezrozumiałe dla w pełni realnych umysłów.


Pierwszy dzień.
Przeczytałam gdzieś na necie, że jest coś takiego jak simsy tylko z żywymi ludźmi i pieniądze można zarobić. W simsach szło mi nieźle więc założyłam konto.
Wylądowałam na jakimś czymś, a przed oczami widziałam tył laleczki jak z simsów.
To była Linka Demina.
Później wielokrotnie wmawiano mi, że Linka Demina to ja :) ale pójdźmy dalej.
Oczywiście pierwsza lepsza nie jestem, wyrwałam na czacie jakiegoś typa z Japonii, który kupił mi buty. Nie potrafiłam ich założyć ale wiedziałam, już wtedy wiedziałam, że buty to ważna w SL sprawa. W końcu to chyba jedyna gra w, której buty składają się z trzech części. Rozmawialiśmy sobie on coś wspominał, że jestem jego escort, ja się ładnie uśmiechałam i przytakiwałam zbierając kolejne pary obuwia. Uśmiechałam się tak długo aż dowiedziałam się, że escort to po SL-owemu nic innego niż dziwka.
Poszłam sobie w drogich, trzy częściowych butach od mojego skośnookiego przyjaciela.
Seks jest tam bardzo ważny wiem to bo jeszcze tego samego dnia zgwałciła mnie kobieta, subtelnie namawiając "kliknij tu, kliknij tu, kliknij tu..."


Pierwsze porządne zakupy:
Wiedziałam już, że żeby dostać buty trzeba bajerować (coś jak w realu).
Zbajerowałam więc Brazylijczyka. On dał mi wszystko co młodemu awatarowi potrzebne.
Miał na imię Tato, co we mnie, Polce, wzbudziło zaufanie. Okazało się, że chłopiec miły i fajny ale chciał żebym była jego wirtualną dziewczyną. Uciekłam.
Później zarabiałam na buty pracując na dachu w Second Krakowie,
byłam barmanką, ba, nawet najlepszą, wiem bo wygrałam konkurs dla barmanów.
Wciąż się zastanawiam czy powinnam dopisać to do CV.


Pierwszy real lifer:
Sytuacja niewiarygodna. Awatar z komputra przyjechał na mój koncert.
Okazało się, że ma oczy, kości a nawet uśmiech.
Potrafił pić piwo i siadał na krześle uprzednio nie klikając "sit here", nie mogłam się napatrzeć. Najciekawsza jest jednak historia znajomości z tym awatarem.
Wyobraźcie sobie, że będąc sl-owskim ludzikiem pisałam sobie z jakimś innym ludzikiem płci damskiej, nie rozmawiając o faktach z naszej realnej egzystencji.
Po pół roku pieprzenia o niczym okazało się, że Ona w świecie realnym (nie tym marzeń i obłudy) JEST MOJĄ MUZYCZNĄ IDOLKĄ wielbioną od dziecka.
W RL(real life, skrót ten wymyślili pewnie najleniwsi z wirtualnych ludzi)ONA jest milion razy fajniejsza, mówiąc dosadnie, jest odlotowa. Tak więc Pati była moim pierwszym real liferem:)


Pierwsze kombinacje z Szutnem:
Właściwie nie wiem dlaczego ten punkt jest taki ważny ale trzymam się ściśle planu posta Morr. Szuftan to potentat sl-owy (nie mylić z impotentem),
ma jakieś banki pełne lindeńskich dukatów, przenosi jakieś firmy z RL do SL (nikt nie wie po co), ogólnie się facet tam liczy. Gdy mnie nie znał chciał mnie zatrudnić,
gdy mnie poznał już nie chciał. Można wyciągnąć smutne wnioski. Moja znajomość z nim rozkwitła z powodu pewnej realowej konferencji naukowej w, której oboje braliśmy udział. Pisaliśmy o wirtualisach realisach i mieliśmy skrajnie odmienne poglądy. Teraz faceta ubóstwiam i czekam na spotkanie, które kiedyś w końcu musi nastąpić. Wysłał mi już nawet 26 zł. na wódkę.


Pierwszy interes.
Joc, mam pomysł!
Tego zdania Joc boi się najbardziej. Ja w SL miewałam różne pomysły na podbój tego wirtualnego światka, trochę jak z Pinky i Mózg. Wierzyłam, że dorobię się w SL i już nie będę musiała nic do późnej starości robić. Wmanewrowałam Joc w sklep. Sklep z ubraniami. Wszystko z freebies lub kradzione. Zarobiłyśmy w ciągu 4 miesięcy kasę, którą wydałyśmy na jednej imprezo-kolacji w Warszawce. Świata nie podbiłam, za to zarobiłam zakaz wstępu do kilku markowych sklepów.


Pierwsze dzieło.
Ramka na zdjęcie Reda Dawesa.
Red Dawes mnie nie pamięta, ja nie pamiętam Reda Dawesa.
Ramka była jedną z nielicznych rzeczy, które udało mi się w SL zbudować, wzbudzała wyłącznie mój zachwyt.


Pierwsza grupa, którą założyłam:
Obrzydliwie Heteroseksualne. Brzmi jak odmiana Ku-klux klanu chociaż z homofobią zupełnie nie była związana. Opis grupy brzmiał tak:
"Możesz dołączyć do grupy jeśli spełniasz poniższe warunki:
1.Jesteś kobietą
2.Jesteś kobietą, która unika blinga
3.Jesteś kobietą, która ma zmysłowość baby, a charakter uznawany za męski(bzdurnie z resztą)
4.Szanują Cię podstawowe członkinie grupy (i tu odpadasz w przedbiegach)
5.Wydajesz się super(przynajmniej sobie)
ALBO JEŚLI JESTEŚ MARKIEM SAWSONEM"
Stówkę na jej założenie dała Mad.
Ps: członkinie nad głowami miały napis : "nie stać Cią na mnie!".
O co mi chodziło? Nie wiem.


Pierwsza moja śmierć:
12.12. 2008r. uśmierciłam postać Linki Deminy, wplątała mnie w za duże kłopoty.
Skasowałam konto.
Tego punktu póki co Morr u siebie nie ma.
Kwestia czasu bejbi:)



Nie mam bladego pojęcia dlaczego ta piosenka kojarzy mi się z Second Life najbardziej...

poniedziałek, 15 grudnia 2008

Zapomniana ankieta

Dawno temu zapomniałam o ankiecie, która bezczynnie wisi sobie na stronie już dawno zakończona.
Pragnę ogłosić, że według waszych opinii, Uzi nie ma poczucia rytmu w związku z czym powinna klaskać u Rubika.
Napisałam więc maila do blond( czy to się jeszcze mieści w granicach blondu?) dyrygenta(kolejne wątpliwie trafne określenie)z pytaniem, czy ma jeszcze wolne miejsca dla "klaskaczy". Pan Rubik, jak przystało na Mozarta naszego pokolenia (jakie pokolenie taki Mozart?) nie udzielił odpowiedzi żadnej.
Sadzę, że zastanawia się czy osobowość Uzi nie jest zbyt narcystyczna by potrafiła ona stanąć w szeregu innych klaskaczy. Jeśli tylko autor takich dzieł jak "Niech mówią, że to nie jest muzyka", "Psalm dla pieniędzy", "Świat się kończy (cyt. J.S.Bach)" zdecyduje o wspólnej przyszłości jego osoby i dłoni Uzi, poinformuję Was w trybie natychmiastowym.

Coś jak Rubik ale o 378950 klasy lepsze...

niedziela, 14 grudnia 2008

Uwolnij swój umysł

Matko jedyna, Sqlu mój, coś mi zrobił, w kolejny nałóg wpędził!
Dał mi S. niepozornego linka, mówiąc "łap, pani detektyw".
Otworzyłam i czytam

"Wszystko co musisz zrobić to dostać sią do kolejnej strony.
Osiagnąć możesz to tylko poprzez zmianę URL'a odpowiednim wyrazem.
Skąd wziąć odpowiedni wyraz? Na tym właśnie polega cała zabawa.
Na podstawie wskazówek zawartych w tytule strony, w źródle strony, nazwie obrazka czy na samym obrazku (i jeszcze w kilku innych miejscach) sam musisz dojść do tego co to za wyraz. Nie stosuj dużych liter, jeśli rozwiązaniem jest kilka wyrazów wpisz je jako jeden ciąg liter - nie oddzielaj ich spacją czy jakimiś innymi znakami (chyba ze w ciągu liter zawarte są jakieś znaki). O numerze levelu mówi liczba w lewym górnym rogu obrazka.
Wskazane jest używanie przeglądarki Internet Explorer.
Powodzenia!"

Mysterious Pron to zjawisko naprawdę wyjątkowe. Autor gry nakazuje "uwolnić swój umysł" poprzez rozwiązywanie przeróżnych zagadek. Trochę matematyki, trochę wiedzy ogólnej, najwięcej googlowania. I właśnie umiejętność skutecznego przeszukiwania internetu jest tutaj priorytetową:) Pół dnia spędziłyśmy z U. porównując systemy matematyczne, przegrzebując biografię Tiny Turner, odszyfrowywując znaki podobne do arabskich. Genialna zabawa! Na chwile obecną doszłyśmy do etapu nr.9, mózgi odmówiły posłuszeństwa, zrobiłyśmy przerwę na życie. S. poinformował mnie, że etapów jest 100, więc częstych wpisów na blogu proszę się nie spodziewać. Dla tych których tym postem niechcący wkręciłam link do forum z podpowiedziami, jeśli już nie wystarczy Wam sił.

Uwolnijcie swoje umysły...

piątek, 12 grudnia 2008

Martwa Demina :)

Post dla wtajemniczonych!

Treść posta/u dla wtajemniczonych. Umarłam ze śmiechu.
Niewtajemniczeni nie czytać:)


Musiałam uzupełnić o drugi link.
Ten już mnie rozwalił na maxa!

Pikselowie znajomości są takie słodkie :)

czwartek, 11 grudnia 2008

Autopieprzenie

„Bo jeśli odpuścicie ludziom ich przewinienia, odpuści i wam Ojciec wasz niebieski.
A jeśli nie odpuścicie ludziom, i Ojciec wasz nie odpuści wam przewinień waszych.” -
MAT. 6,14-15 (BW)

"4 Szatan reprezentuje przychylność dla tych, którzy na to zasługują, zamiast marnowania miłości na niewdzięczników.
5 Szatan reprezentuje zemstę zamiast nadstawiania drugiego policzka!"-
Dziewięć Twierdzeń Satanizmu według Antona Szandora Laveya.


I co tu robić:)

Ponoć trudne jest wybaczanie, nawet gdy wybaczyć się chce. Każdy z nas to wie ( nie czuję, że rymuję).
Jednak co zrobić gdy chce się wybaczyć mimo, że ma się świadomość, że się nie powinno?
Wybaczenie kusi, potrafi ściągnąć z nas męczący balast. W jakiś sposób nas oczyścić.
Dać taki naiwny spokój ducha, a czasami nawet wymownie przemilczane "więcej".
Sama już nie wiem czy jestem mściwa. Zawsze myślałam, że tak, że zemsta na zimno potrafi podnieść na duchu, wyprostować skrzywione poczucie własnej wartości.
Kiedyś wyczekiwany moment , okazja, sytuacja do zemsty idealnej nadeszła.
Co zrobiłam? Uciekłam. Uciekłam sobie w przebaczenie. Jak tchórz.
Tak dużo o tym myślałam, tak czekałam aż przyjdzie wymarzona chwila.
Okazałam się słaba, a za tą słabość podejrzewam znów przyjdzie mi zapłacić.
Zaczęłam się zastanawiać czy umiejętność wybaczenia jest dobrocią serca czy słabością charakteru. Smutny wniosek mnie dzisiaj dopadł, przygnębił, sprowokował do ponownego przemyślenia samej siebie.
Nie jestem silna. Załamująca świadomość.


A2., pamiętasz tą piosenkę? Od razu przepraszam, że Ci to przypomniałam :)

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Kiedyś

Nigdy nie odchodziłem od kogoś mimo, że nie chciałem.
Tym razem było inaczej. Tym razem musiałem. To dziwne, że czasami trzeba musieć.
Honor, odpowiedzialność za czyny popychały mnie do przodu. A może jednak cofałem się?
Czy do śmierci będę romantycznie wspominał, marzył, zastanawiał się co by było gdyby?
Trzymając wnuka na kolanach będę opowiadał mu historię o młodzieńcu, który popełnił błąd, a konsekwencje ponosił przez całe życie? Tak ku przestrodze. By on postąpił inaczej.
Mam 26 lat, trzymając na rękach własne dziecko myślę o "tamtym" już rzadziej.
Wspomnienie szczeniackiej, przepełnionej gitarowymi dźwiękami namiętności.
Czasami ją spotykam. Jest sama. Wolę nie myśleć, że jest sama bo wciąż czeka.
Czeka na mnie. Z pierwszym uśmiechem mojego syna, zapomniałem. Zapomniałem jak przysięgałem. Nigdy nie powiem przepraszam.


Dla M.